• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Zdrowa ambicja

    Ks. Marek Gancarczyk Ks. Marek Gancarczyk

    |

    GN 17/2017

    dodane 27.04.2017 00:00

    Nie ulega wątpliwości, że młodych trzeba gonić. Bo inaczej uciekną. I nie trafią do Kościoła, zresztą z tragicznymi dla nich i całego pokolenia konsekwencjami.

    Tytułowe zdanie z tekstu Marcina Jakimowicza „Gońcie ich!” jest słuszne. Ale zaraz pojawiają się dwa pytania: „Jak to robić?” oraz „Czy z wystarczającym przekonaniem biegniemy za młodymi?”. Jeżeli chodzi o pierwsze pytanie, to zapewne różnego rodzaju religijne eventy w postaci chociażby ewangelizacyjnych koncertów czy przedstawień są potrzebne. I koniecznie trzeba je organizować. Ma rację biskup Edward Dajczak, gdy mówi: „Jeśli po rekolekcjach na hali zostanie w formacji choć kilkadziesiąt ludzi, to znaczy, że warto było zapłacić każdą cenę i należy to robić do upadłego” (więcej na ss. 18–21).

    Ważniejszy wydaje mi się jednak problem ukryty w drugim pytaniu. Nie biegniemy wystarczająco szybko, bo nie widzimy takiej potrzeby. Z jakiego powodu? Niedawno odwiedził naszą redakcję zakonnik ze znanego zgromadzenia. Opowiadał o życiu głównej wspólnoty i rozrzuconych po świecie mniejszych klasztorach. Jeden znajduje się w afrykańskim kraju zamieszkanym w zdecydowanej większości przez muzułmanów. Zaraz na wstępie wyraźnie zaznaczył, przez nikogo nie dopytywany, że zakonnicy pojechali tam przede wszystkim po to, żeby być z tymi ludźmi. Nie powiedział, że pojechali ewangelizować, nawracać czy chrzcić. Nie, oni chcą tam tylko być. Przyznaję, że nie rozumiem takiej postawy, a jest ona dosyć mocno rozpowszechniona. Kiedyś misjonarz miał ambicję ochrzcić jak największą liczbę osób. I nie była to chora ambicja, ale zadanie wynikające z podstawowego nauczania Kościoła. Ambicją wspomnianych wyżej zakonników jest tylko trwanie wśród mieszkańców, do których przyjechali. Uczciwie trzeba przyznać, że to też niemało. Lepiej żyć w bogatej Europie niż w gorącej i biednej Afryce; złapanie choćby malarii jest tylko kwestią czasu. Więc nie jest to mało, ale dlaczego oni chcą tam tylko być, a nie zamierzają nawracać i chrzcić? Moja odpowiedź jest następująca: ponieważ brakuje przekonania, że chrzest i przynależność do Kościoła jest czymś najlepszym, co może spotkać człowieka. A bez tego przekonania nikomu specjalnie nie chce się biec za innymi.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    • Gość
      30.04.2017 14:50
      Muszę przyznać, że zdumienie budzi u mnie takie zdanie u chrześcijanina nt. ewangelizacji przez obecność (w sensie postawy głęboko chrześcijańskiej w codzienności w swoim środowisku), która aczkolwiek będąc jedną z wielu metod głoszenia Ewangelii, wydaje się być podstawową, bez której próba ewangelizacji słowem byłaby chyba budowaniem na piasku... Warto przypomnieć w tym kontekście br. Karola de Foucauld, który właśnie w kraju muzułmańskim w ten sposób głosił Chrystusa. Podobnie mogą ewangelizować zakony klauzurowe na naszym rodzimym podwórku czy tzw. "zwykli" chrześcijanie (co nie wyklucza też głoszenia słowem w odpowiedniej sytuacji). Natomiast jeśli chodzi o młodzież i w ogóle ewangelizację w krajach europejskich, odnoszę wrażenie, że priorytetem jest tutaj katecheza dorosłych, gdyż wydaje się, iż właśnie na tym polu widać ogromne braki, co chyba najskuteczniej zraża do chrześcijaństwa innych ludzi bez względu na wiek (podkreślam, że nie deprecjonuję inicjatyw ewangelizacyjnych typu koncerty dla młodzieży, marsze "dla Jezusa" itp., lecz czy na pewno jest to pierwszorzędna metoda dotarcia do ludzi?...).
    • Gość
      01.05.2017 10:41
      Od kilku lat mieszkam w niedużej wiosce w Polsce. Uczestnicząc w tygodniu w Eucharystii, zauważyłam któregoś razu,że pojawił się nowy ministrant, chłopak ok 15 lat., byłam bardzo zbudowana, bo codziennie był na Eucharystii i służył do Mszy Św. Zwrócił moją też moją uwagę tym,że był bardzo blady. Pomyślałam,może chory? jednego razu zemdlał podczas Mszy, zajęliśmy się nim razem z innym dorosłym już ministrantem.Okazało się ,że niedawno przeprowadził się do tej wioski razem z mamą i dwojgiem rodzeństwa. Potrzebowali pomocy, na ile było to możliwe w odpowiednich instytucjach zgłaszałam ich,aby otrzymali pomoc.Wysłałam do nich ludzi ze Szlachetnej Paczki. Wspomniany chłopak ok dwóch lat był prawie codziennie w kościele i długo kręcił się po Mszy wraz z kolegami przy kościele. Ten chłopak intuicyjne szukał lepszego świata, szukał go w odpowiednim miejscu, ale niestety go nie znalazł. Mimo,że mówiłam proboszczowi,że potrzebuje on szczególnego wsparcia i zainteresowania. Niestety dziś chłopak ten nie chodzi do kościoła, zaczął wegetować, opuszczać szkołę , proboszcz nie dopuścił go do bierzmowania , bo nie miał obecności( ale nie zainteresował się dlaczego). Inny chłopak z tej wioski ( z rodziny alkoholików), mając 16 lat sam zgłosił się do ministrantury. Po roku odszedł, dziś jest poza Kościołem, poza życiem sakramentalnym. Szukał lepszego świata i szukał go dobrze, ale zniewolony proboszcz nikogo nie pociągnie do Boga. To są tylko dwa przykłady, niestety jest ich więcej. Odpadły tu z Kościoła całe rodziny. Niedawno była wizytacja biskupa, wszystko jest ok, parafia funkcjonuje "normalnie". To jest pewien smutny obraz polskiej rzeczywistości kościelnej.
    • matabane
      01.05.2017 12:51
      No tak kiedyś misjonarze mieli sukcesy, kto nie chciał się ochrzcić to był zabijany => patrz podbój Ameryki. ch konkwistadorzy
    • Czytelnik
      03.05.2017 10:02
      Dziwne że Xiądz redaktor tak pochopnie ocenia. Dlaczego sądzi Xiądz z góry, że założenie klasztoru w muzułmańskiej dzielnicy nie jest jakąś formą ewangelizacji? Idąc tym tokiem rozumowania należałoby przyjąć, że może wszystkie zakony klauzurowe w historii Kościoła są jakąś pomyłką.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół