Nowy numer 21/2018 Archiwum

Liche drewno

Relikwie Krzyża Świętego to nie tylko największa „pamiątka chrześcijaństwa”. To również mocny materiał dowodowy na autentyczność wydarzeń na Golgocie.

Marcin Luter, wątpiąc w autentyczność relikwii Krzyża, trochę kpiąco mówił, że na świecie jest tyle jego fragmentów, „że można by z nich zbudować cały dom, gdyby się je wszystkie posiadało”.

Fides et ratio

Do pewnego stopnia można zrozumieć sarkazm ojca reformacji: chodziło mu bardziej o nadużycia, jakie w jego czasach towarzyszyły kultowi relikwii. Nie ma wątpliwości, że krążących po Europie fałszywych relikwii było niemało, a cześć im oddawana nie tylko u Lutra budziła słuszne zgorszenie. Problem jednak polega na tym, że niemiecki duchowny wylał dziecko z kąpielą, bo jednocześnie podważył sens zainteresowania relikwiami Krzyża, których autentyczności dowieść – jak widać uważał – nie można. A nawet jeśli niektóre z nich są autentyczne, to jest to jednak sprawa trzeciorzędna, która przysłania to, co w chrześcijaństwie najważniejsze. W pierwszej kwestii pomylił się na pewno. Naukowcy w XIX w. udowodnili, że krążących po świecie odłamków jest mniej niż wynosi cała powierzchnia oryginalnego drzewa Krzyża. I że są metody, za pomocą których można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić autentyczność poszczególnych fragmentów. W drugiej kwestii miał rację tylko do pewnego stopnia. Owszem, relikwie nie są do zbawienia potrzebne. Tyle że z drugiej strony zupełny brak zainteresowania chrześcijan pamiątkami po najważniejszych wydarzeniach w dziejach ludzkości też jest swoistym kaprysem intelektualnym. Tym bardziej że dla niewierzących właśnie to jest często problemem na wstępie: skąd w ogóle wiemy, że Jezus naprawdę istniał, skąd wiemy, że doszło do ukrzyżowania itd.

Nicky Gumbel, anglikański duchowny i współtwórca kursów Alpha, często mówi o tzw. materiałach dowodowych chrześcijaństwa. – Nie uważam, że można dowieść prawdziwości chrześcijaństwa tak, jak się coś udowadnia w matematyce. A jednocześnie wiemy, że nasza wiara nie jest irracjonalna, tylko oparta właśnie na solidnym materiale dowodowym. I są to dowody trochę przypominające te, które przywołuje się w procesie sądowym – mówi. Rozmowa o historyczności samego ukrzyżowania Jezusa Chrystusa bywa czasem pierwszym krokiem na drodze do wiary. Już tylko to jest wystarczającym powodem, by historia znalezienia Krzyża i historia jego krążenia w kawałkach po świecie była przedmiotem naszego zainteresowania.

Misja Heleny

Skąd w ogóle cokolwiek wiadomo o losach „drzewa krzyża, na którym zawisło Zbawienie świata”? Tematem zajmowali się starożytni historycy Kościoła, m.in. Teodoret z Cyru czy Sokrates Scholastyk. Dzieło tego drugiego (z V wieku), znane pod tytułem „Historia Kościoła”, zawiera dość dokładny opis tego, co działo się z grobem Jezusa po zmartwychwstaniu. Wiadomo na przykład, że już po śmierci Jezusa krzyż został wrzucony do cysterny wydrążonej w skale pod Golgotą. Apostołowie i późniejsza gmina chrześcijańska w Jerozolimie otaczali kultem to miejsce, również po zniszczeniu Jerozolimy w roku 70 przez wojska cesarza Tytusa. W 131 r. doszło do drugiego powstania żydowskiego, które zostało zdławione 4 lata później. Na gruzach Jerozolimy cesarz Hadrian założył nowe miasto, a wszystkie miejsca kultu żydowskiego – a do nich Rzymianie zaliczali również chrześcijańskie miejsce kultu wokół Golgoty – kazał zamienić na świątynie pogańskie. W miejscu grobu Chrystusa stanął posąg Jowisza, natomiast na Golgocie statua Wenery.

Dopiero w 313 r., kiedy cesarz Konstantyn przyznał dekret, nie tylko nadający chrześcijanom wolność religijną, ale czyniący z chrześcijaństwa oficjalną religię Imperium Rzymskiego, zaczęły się poszukiwania grobu i krzyża Chrystusa. Sokrates Scholastyk szczegółowo opisał pielgrzymkę matki cesarza, św. Heleny, która w 326 r. z ekipą badawczą dotarła do świętych pamiątek męki Jezusa. Historyk zanotował, że gdy matka cesarza dowiedziała się o odnalezieniu przez jej ludzi miejsca, gdzie znajdował się grób, „kazała usunąć posąg bóstwa, wybrać ziemię z tego miejsca i oczyścić je z nawarstwień i znalazła trzy krzyże w grobie: jeden najświętszy, na którym rozpięto kiedyś Chrystusa, dwa inne natomiast – na których zmarli ukrzyżowani z nim łotrowie”. W relacji Scholastyka czytamy dalej: „Równocześnie znaleziono także tabliczkę Piłata, na której obwieścił on w różnych językach i za pośrednictwem różnych alfabetów, że ukrzyżowany Chrystus był królem żydowskim. A ponieważ nie było pewności co do tego, który ze znalezionych krzyży jest poszukiwanym Krzyżem, nie byle jakie zmartwienie przeżywała matka cesarza. Wkrótce jednak usuwa powody smutku biskup Jerozolimy, noszący imię Makary. Rozprasza on wątpliwości, idąc za światłem wiary. Prosi bowiem Boga o znak i otrzymuje go. A znak ten był taki: pewna kobieta, jedna z mieszkanek Konstantynopola, od dawna ciężką złożona chorobą, bliska już była śmierci. Rozkazał tedy biskup, by do łoża umierającej przyniesiono kolejno każdy z trzech krzyży: wierzył on niezłomnie, że kobieta wyzdrowieje, jeśli dotknie świętego Krzyża. I nie zawiódł się w swej nadziei. Kiedy bowiem przynoszono jeden po drugim krzyże, nie będące drzewem Męki Pańskiej, kobieta w dalszym ciągu bliska była śmierci, tak jak i poprzednio. Skoro jednak wniesiono trzeci krzyż, ten prawdziwy, umierająca natychmiast nabrała sił i całkowicie wróciła do zdrowia. W ten sposób odnalezione zostało drzewo Krzyża Świętego”.

„Dowód winy”

Jeśli nie ma większych sporów co do okoliczności odnalezienia trzech krzyży przez św. Helenę, to już sposób identyfikacji krzyża Chrystusa wzbudza kontrowersje. Powyższy opis u Scholastyka niektórzy traktują bardziej jako legendę. A na przykład św. Ambroży i św. Jana Chryzostom przekonywali, że na jego identyfikację pozwoliła właśnie tabliczka z „dowodem winy”, tzw. titulus damnationis, umieszczona na jednym z krzyży. Napis po łacinie, grecku i hebrajsku „Jezus Nazarejczyk Król Żydowski” umieszczony na znalezionym krzyżu nie pozostawiał wątpliwości, że to TEN krzyż. Tak przynajmniej miała opisywać to sama św. Helena. Matka cesarza zresztą jedną połowę tabliczki zostawiła w Jerozolimie – skąd zniknęła ona ok. VII w. – a drugą zabrała do Rzymu i umieściła w swoim pałacu, na którego miejscu stoi dziś bazylika Santa Croce in Gerusalemme, w której można oglądać fragment tabliczki z „dowodem winy”.

Tabliczka tabliczką, ale pytanie, co stało się z samym krzyżem... Tutaj na pewno wiemy, że został podzielony na trzy części i umieszczony w trzech miejscach: w Jerozolimie, Konstantynopolu (dzisiejszy Stambuł) i oczywiście w Rzymie. I jeśli ktokolwiek później miał autentyczne fragmenty tego drzewa, to były one odrywane z większych części pozostawionych w tych miastach. Grzegorz Górny i Janusz Rosikoń w swojej książce „Świadkowie Tajemnicy” przywołują informacje o tym, że już w 348 r. biskup Jerozolimy Cyryl zapisał, że relikwiami Krzyża Świętego jest „zapełniony cały świat”. Faktem jest, że od pewnego momentu relikwie Krzyża Świętego zaczęły być obecne podczas liturgii Wielkiego Piątku. Słowa: „Oto drzewo Krzyża, na którym zawisło Zbawienie świata” brzmiały wyjątkowo dosłownie. Równie istotne jest to, że do dziś 14 września na pamiątkę odnalezienia Krzyża przez św. Helenę obchodzimy święto Podwyższenia Krzyża Świętego.

Pamiątka rodzinna

Losy oryginalnych fragmentów Krzyża przechodziły typowe dla innych pamiątek chrześcijaństwa perypetie, związane z zawieruchami w dziejach. Najpierw na początku VII w. Persowie podbili Palestynę i zrabowali relikwiarz z fragmentami Krzyża, który z kolei dekadę później odzyskał cesarz Herakliusz, władca Konstantynopola, składając relikwie z powrotem do grobu Jezusa. Autorzy „Świadków Tajemnicy” zauważają, że to właśnie ze względu na nieustanne zagrożenie kolejnymi wojnami relikwie Krzyża Świętego podzielono na tysiące drobnych cząstek i rozesłano do kościołów m.in. w Konstantynopolu, Aleksandrii, Antiochii, Edessie, Gruzji, Damaszku, Rzymie. Stąd też wzięły się późniejsze praktyki handlowania relikwiami Krzyża, co naturalnie prowadziło do nadużyć i sprzedawania fałszywek, mieszających się „na rynku” z autentycznymi fragmentami. Kiedy doszedł do tego handel odpustami, liczba fragmentów Krzyża – prawdziwych i fałszywych – rzeczywiście mocno urosła, a sanktuaria z domniemanymi relikwiami Krzyża powstawały jak grzyby po deszczu, co pewnie wywołało reakcję Lutra, którą przywołaliśmy na początku. Tyle tylko, że i Luter się zagalopował. Dopiero w XIX w. udowodnili to historycy. Jeden z nich, Charles Rohault de Fleury, w 1870 r. opublikował pracę, w której wykazywał, że podczas gdy całkowita objętość Krzyża wynosiła 36 tys. cm sześc., to objętość wszystkich znanych na świecie i traktowanych jako autentyczne fragmentów Krzyża wynosi tylko 4 tys. cm sześc. Czyli niespełna jedną dziesiątą całego oryginalnego Krzyża. Poza tym wykazano, że można zweryfikować autentyczność tych 4 tys. kawałków m.in. poprzez określenie rodzaju drzewa – oryginalny krzyż Jezusa był wykonany z czarnej sosny, a niektóre krążące „relikwie” zawierały drewno cyprysowe, co od razu sugerowało fałszywkę.

Ani relikwie Krzyża Świętego, ani żadne inne nie są potrzebne do wiary i zbawienia, to jasne. Ale jednocześnie ich autentyczność przyciąga często tych, którzy w punkcie wyjścia żądają dowodów, że to, w co wierzymy, naprawdę miało miejsce w historii. Wreszcie ostatni argument, że fragmenty „lichego drewna” (jak ojcowie Kościoła, nawiązując do Księgi Mądrości, nazywali drzewo Krzyża) nie są obojętne wierzącym – to argument „rodzinny”. Komu by nie zależało, by dowiedzieć się, czy odnalezione rzeczy na pewno należały do zmarłych rodziców czy rodzeństwa? I kto pogardziłby najbardziej cenną pamiątką rodzinną? O ileż bardziej tutaj... 

« 1 »
oceń artykuł
  • zamieszanie
    07.05.2017 13:09
    Dodano 24 czerwca 2010,  12:39152 8814929509
    Naukowcy twierdzą, iż wbrew biblijnej historii, być może Jezus wcale nie umarł w wyniku ukrzyżowania. Nie ma bowiem dowodów, które potwierdziłyby, iż dwa tysiące lat temu Rzymianie krzyżowali swoich więźniów – pisze dziennik "The Daily Telegraph".
    Historia egzekucji Chrystusa oparta jest bardziej na tradycji oraz sztuce chrześcijańskiej aniżeli na antycznych tekstach – mówi teolog Gunnar Samuelsson z uniwersytetu w Göteborgu. Jego zdaniem, biblijna historia śmierci Jezusa została mylnie zinterpretowana, ponieważ w rzeczywistości Biblia nie zawiera żadnych faktycznych odniesień do krucyfikacji. Przyglądając się tekstowi Biblii, czytamy, że Jezus niósł w kierunku góry Kalwarii tzw. "stauros", który mimo, że powszechnie tłumaczony jako "krzyż", w rzeczywistości może oznaczać po prostu "belkę" lub "kłodę".

    Samuelsson w swoim 400-stronicowej pracy wyłożył swoją rewolucyjną tezę na temat śmierci Chrystusa. Po analizie setek antycznych tekstów doszedł on do wniosku, że tak naprawdę opisy krzyżowania więźniów są właściwie nieobecne w literaturze antyku. Greckie, łacińskie czy hebrajskie teksty opisują całe spektrum kar dla więźniów, ale nigdzie nie wspomniano o ukrzyżowaniu.

    Samuelsson nie podważa jednak prawdziwości zapisu Biblii: - Jestem przekonany, że człowiek opisany w Biblii to syn Boga. W żadnym wypadku, nie sugeruję, że chrześcijanie powinni mieć wątpliwości co do tekstu biblijnego. Uważam po prostu, że powinniśmy czytać ten tekst takim, jaki jest, a nie takim, jak nam się wydaje. Należy unikać nadinterpretacji Biblii. Jej tekst jest wystarczający. Nie powinniśmy nic do niego dodawać – mówi Samulesson.

    kr, The Daily Telegraph
    https://www.wprost.pl/199773/Jezus-nie-umarl-na-krzyzu
    doceń 1
  • Gość
    09.05.2017 07:19
    Następny tzw. naukowiec który chce mieć swoje 5 minut. Iluż już było ich przez setki lat . Ileż teorii , ewangelii " nagle " odkrywano . I co ? Nic . Kto o nich dzisiaj pamięta ? Pewno nawet ich autorzy o nich już zapomnieli .
    doceń 0