• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Parapsychologia, Silva - to miało mnie uwolnić, a było coraz gorzej

    dodane 31.03.2017 09:56

    Samotność, smutek i mój duchowy paraliż sprawiły, że czułem się naprawdę zmiażdżony psychicznie. Aż przyszedł ten wieczór...

    Postanowiłem napisać to świadectwo, abyście także Wy mogli poznać Boga, tak jak ja Go poznałem i uwierzyć, że nawet w najtrudniejszych sytuacjach, pozornie przegranych, jest zawsze nadzieja, bo „dla Boga nie ma nic niemożliwego” (Łk 1,37).

    Urodziłem się w katolickiej rodzinie. Moja mama i babcia były osobami, dla których Bóg był kimś ważnym i tego też uczyły mnie. Pamiętam, że w tamtym czasie i ja byłem blisko Boga – przynajmniej na tyle na ile dziecko może być tego świadome. W okresie gimnazjum zacząłem się od Boga oddalać. Nie był to bunt młodzieńczy – po prostu grzech wszedł w moje życie, który stopniowo, niezauważenie odsuwał mnie od Boga. Tym grzechem była pornografia, która pojawiła się wraz z internetem. Nawet nie jestem pewien, czy miałem wtedy świadomość zła w które wkraczam - to było wtedy „coś normalnego”, wszyscy to robili. Skoro nie uważałem tego za zło, wierząc, że wiem lepiej niż Kościół, nie miałem problemu też chodzić (przymuszany przez rodzinę) do kościoła i komunii. Na domiar złego w tamtym okresie życia zostałem mocno poraniony psychicznie przez ludzi, których uważałem za przyjaciół. Grzech i zranienie sprawiły, że coraz bardziej chowałem się w sobie. Życie toczyło się dalej, skończyłem gimnazjum i liceum. Na zewnątrz wszystko wydawało się poukładane - byłem dobrym uczniem, odnoszącym sukcesy, który miał wymarzoną dziewczynę, dostał się na wymarzone studia, ale wewnątrz stawałem się coraz bardziej zalękniony świata, niezdolny do życia, nieumiejący kochać.

    Chowałem to bardzo dobrze i często zakładałem w towarzystwie różne maski. Musiałem być w tym dobry, skoro nikt się nie połapał. Na początku studiów zdałem sobie sprawę z tego, że przebywając dalej w stanie, w jakim jestem, nie czeka mnie nic dobrego. Ukrywanie moich problemów sprawiło, że nie mogłem udać się do kogoś po pomoc, tak aby się „nie wydało”, więc zacząłem czytać różne książki psychologiczne – tak aby pomóc samemu sobie. Szybko zorientowałem się, że nie oferują one łatwych i natychmiastowych rozwiązań (a takowych szukałem). W tamtym czasie pod wpływem rozmów z kolegami zainteresowałem się hipnozą. Szybko też pojawiło się u mnie zaciekawienie innymi tematami z zakresu parapsychologii i duchowości: autohipnozą, medytacją, itd. Praktyki opisane w książkach, które czytałem, obiecywały łatwy i szybki sposób na pozbycie się moich problemów z psychiką poprzez „przeprogramowanie” umysłu. Wizja świata zawarta w tych książkach była spójna i sensowna – oparta na energiach, częstotliwościach fal mózgowych, podświadomości. Po kilku miesiącach nauki z zakresu parapsychologii i namowach kolegi, postanowiłem, że udam się na kurs metody Silvy (reklamowany jako kurs zwiększający możliwości umysłu, zgodny z chrześcijaństwem – w praktyce kurs magii i spirytyzmu). Pierwsze dwa dni tego kursu pokazywały różne pseudo-psychologiczne metody, pozwalające rzekomo zwiększyć możliwości umysłu (zapamiętywania, wydajności, itd.). Ostatniego dnia uczono nas, w jaki sposób można diagnozować choroby i leczyć je na odległość. Było to o tyle niesamowite, że na własnej skórze przekonałem się, że istnieje jakaś nowa rzeczywistość, której nie znałem, która działa (moje diagnozy ludzi, których nie znałem, sprawdzały się). Dziś wiem, że była to rzeczywistość spirytyzmu, w której wiedza pochodziła od demonów.

    Zacząłem z zapałem praktykować swoje nowe umiejętności i opowiadać o tym „magicznym” świecie mojej rodzinie. W tamtym czasie los (lub zrządzenie Boże) chciał, że musiałem zrobić przerwę od studiów. Miałem jechać do pracy za granicę, lecz wpływ różnych okoliczności sprawił, że pewna początkowo praca nagle została anulowana, a ja wylądowałem z mnóstwem wolnego czasu w domu rodzinnym. Nie byłem specjalnie zmartwiony tym faktem, myśląc, że odpocznę od studiów i będę miał czas na praktykę medytacji, a tym samym poprawienie swojego stanu psychicznego. Z zapałem zabrałem się więc za tą czynność, ale podczas gdy miesiące mijały, mój stan zamiast się poprawiać, zaczął się pogarszać. Do wcześniejszych moich problemów zaczęły dokładać się dodatkowe – stawałem się coraz bardziej smutny, zdenerwowany wewnętrznie. Dodatkowo działy się ze mną „dziwne” rzeczy: coraz częściej śniły mi się horrory i budziłem się w panicznym strachu, bałem się usnąć, bo miałem wrażenie, że ktoś jest ze mną w pokoju, czasem też praktykując medytacje miałem uczucie, jakby ktoś mnie dusił. Przyszły też myśli samobójcze, życie zaczęło tracić sens. Paradoksalnie mój światopogląd nie do końca pozwalał mi się zabić – sądziłem wtedy, że albo reinkarnacja jest prawdziwa (więc jeśli się zabiję, to wcielę się znowu i będzie tak samo), albo chrześcijaństwo (a wtedy pójdę do piekła).

    Szczęśliwie, nawet w tym stanie, Bóg o mnie nie zapomniał. Pierwszy promień nadziei przyszedł wraz z  kolegą moich rodziców który, przy kolacji na którą był zaproszony, powiedział mi, że medytacja, którą stosuję jest niebezpieczna i polecił mi, żebym posłuchał świadectwa o. Jospeha Verlinde. Pewnie bym zignorował „kolejnego gadającego klechę”, gdyby nie fakt, że był on doktorem fizyki (co mi zaimponowało). Teraz wiem, że była to interwencja Ducha Świętego, bo po przesłuchaniu tego świadectwa otworzyły mi się oczy – zobaczyłem swoją historię w jego historii i poznałem, że to, co robię, jest skutkiem moich problemów. Przestałem praktykować medytację i poszedłem do spowiedzi. Od tego momentu zniknęły wszystkie „nadzwyczajne” skutki praktyk okultystycznych.

    Chciałbym napisać, że na tym skończyły się moje problemy, ale do tego jeszcze daleko. Prawdziwe jest słowo Pisma, że „duch nieczysty powraca do wymiecionego domu” i „stan człowieka staje się jeszcze gorszy” (Mt 12,43-45). Tak było ze mną – pomimo spowiedzi nie zbliżyłem się do Boga, a rozwiązania swoich problemów ponownie zacząłem szukać w psychologii. Mój stan się pogorszył – byłem już w depresji. Budziłem się rano każdego dnia z przeświadczeniem, że nic dobrego nie może się już wydarzyć, że życie nie ma sensu, że nie istnieje powód aby wstawać z łóżka, walczyć. I nie wstawałem – mój dzień wtedy składał się tylko z jedzenia i oglądania filmów i seriali. Dodatkowo uzależniony byłem od pornografii, masturbacji i palenia. Te wszystkie rzeczy sprawiały, że chociaż przez krótką chwilę czułem się bardziej „żywy”, żeby za chwilę poczuć się jeszcze gorzej.

    Egzystowałem tak kilka miesięcy, aż do pewnego wieczora. Moi rodzice wyjechali na wakacje, a ja zostałem na dwa tygodnie sam w domu. Samotność, smutek i mój duchowy paraliż sprawiły, że czułem się naprawdę zmiażdżony psychicznie. Pamiętam dokładnie ten wieczór, w którym zacząłem krzyczeć do Boga z bezsilności. Nie była to grzeczna modlitwa, tylko ryk bólu i oskarżenia w kierunku Boga, a potem błaganie, aby mi pomógł. Nie wierzyłem chyba, że coś się zmieni – po prostu chciałem, żeby przestało boleć. Zmęczony wszystkim zasnąłem. Następnego ranka obudziłem się z radością w sercu. Pamiętam to jak dziś, pierwszy raz zauważyłem, że jest lato, że świeci słońce, a kwiaty pachną. Miałem wrażenie jakbym przez ostatni rok siedział w ciemnym zamkniętym pokoju, w którym ktoś nagle odsłonił i otworzył okno, a ja wreszcie mogę oddychać świeżym powietrzem. Jak bardzo się zdziwiłem, gdy okazało się, że nie muszę oglądać filmów czy sięgać po pornografię – byłem wolny od wszystkich swoich nałogów.

    Chcąc poznać Tego, który mnie wybawił, zacząłem czytać Pismo św. i ku mojemu zdziwieniu nagle zacząłem rozumieć, co znaczą zapisane tam słowa. Były one jakby „żywe”, opowiadały moją historię: „Jam jest Pan, Bóg Twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej z domu niewoli” (Wj 20, 2).

    To był początek wspaniałej drogi, na której zaczął prowadzić mnie Bóg, którego dopiero co poznałem. Drogi pełnej łaski i uzdrowienia moich zranień. Mógłbym przytoczyć kilkadziesiąt wspaniałych cudów, które dla mnie uczynił w kolejnych latach, choć pewnie nie starczyłoby Ci, drogi czytelniku, wytrwałości, żeby to przeczytać.

    Na koniec chciałbym Cię zachęcić, jeśli jesteś w tak trudnej sytuacji, jak ja byłem, lub wydaje ci się, że wszystko stracone, mam dla ciebie dobrą nowinę – jest nadzieja w Jezusie: „Mówił Syjon: Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał. [Tak mówi Pan:] Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49, 14-15).

    Gdy byłem dzieckiem mówiono mi w Kościele – Bóg jest dobry, miłosierny. Odpowiadałem: „Tak, jest”, niespecjalnie zastanawiając się nad tym. Ale poznałem, że Bóg jest miłosierny i dobry, gdy, choć na to nie zasługiwałem, uratował mi życie. Mówili: Bóg istnieje. Ja mówiłem: „Tak, zgadzam się”, ale wcale nie miało to dla mnie znaczenia. Dopiero gdy moje życie zaczęło się sypać, uświadomiłem sobie, że Go potrzebuję, a później, że Go kocham i chcę aby był w moim życiu obecny.

    Nie czekaj do końca swojego życia aby poznać Boga, zaryzykuj, a przekonasz się, że twoje życie zmieni się na lepsze.

    Jezus mówi: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną (Ap 3,20).

    Tomek

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Gość
      31.03.2017 11:04
      Dzięki Tomku za piękne świadectwo. Krzysztof
    • Paweł
      03.04.2017 19:47
      Fajne świadectwo. Polecam poczytać sobie książkę "Magia- cała prawda" wydawnictwa Miłujcie się.
    • Tumtuneknu
      18.04.2017 15:06
      Po to jest tyle religii, by każdy znalazł swoją drogę- Twoją jest Jezus Chrystus. Osobiście uważam, że źle praktykowałeś medytację- połączenie z światem i oświecenie są prawidłowymi skutkami. Każdy dobry mentor tak powie.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół