• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Modlitwa za Jana Lechonia

    Wojciech Wencel

    |

    GN 23/2016

    dodane 02.06.2016 00:00

    60 lat temu na nowojorskim bruku roztrzaskała się lutnia po Bekwarku.

    Jego życie było pełne dramatycznych sprzeczności. Był duszą towarzystwa i człowiekiem bardzo samotnym, kapłanem w „narodowym pamiątek kościele” i skrajnym egocentrykiem, romantycznym wieszczem i zimnym snobem, niezłomnym patriotą i rozchwianym emocjonalnie „dużym chłopcem”, praktykującym katolikiem i niewolnikiem psychoanalizy, konserwatystą i nieszczęśnikiem bezskutecznie zmagającym się z problemem homoseksualnym. W poezji dbał o klasyczną harmonię, na przyjęciach opowiadał dowcipy, plotkował i chichotał, w wynajmowanych mieszkaniach wył z bólu i płakał. Ostatnie słowa, jakie zanotował w „Dzienniku”, brzmią: „Można zawsze znaleźć w swej inteligencji, woli, sercu coś, co pomoże nam w walce z życiem, z ludźmi. Ale na walkę z sobą – jest tylko modlitwa”.

    W piątek 8 czerwca 1956 roku Jan Lechoń, targany przez mitologiczne Erynie, skoczył z wysokiego piętra hotelu Hudson w Nowym Jorku, a razem z nim runęła lutnia po Bekwarku. Wśród żałobników niosących trumnę ze zwłokami poety był gen. Władysław Anders. Pogrzeb na cmentarzu Calvary zgromadził tłumy. Przemawiający nad grobem przyjaciela Kazimierz Wierzyński nie potrafił powstrzymać łez: „Dziś, kiedy odchodzi od nas ten wielki poeta, bogaty, intuicyjny umysł i nieskazitelny Polak, wydaje się, że odchodzi z nim także część Polski, którą przywieźliśmy z sobą i z którą chcieliśmy wrócić”. W kraju prymas Stefan Wyszyński pisał w liście z Komańczy do Zygmunta Serafinowicza, brata autora „Arii z kurantem”: „Odprawiłem Mszę św. za poetę Jana Lechonia i ufam spokojnie, że dobry Bóg da mu – jak Hiobowi – wszystkiego siedmiokroć. (...) Ufajmy, że z tej strasznej męki życia dusza wyrwała się z tęsknotą za prawdziwym Ojcem”. W 60. rocznicę śmierci poety i ja modlę się za jego duszę. Za jego Polskę.

    LECHOŃ

    Zabrałeś mu Panie strofy kamienne a dałeś mu wiersze z ciała daleko za wodą spłonęła marzeniem i zgasła kochana Warszawarunęły kolumny trzynastozgłoskowcadzwonnice i rymy strzaskanea wewnątrz świątyni na strzępy ktoś rozdarłten obraz co bywał sztandaremz pogorzeliska chciał wynieść pamiątkęchoć różę choć sztych spod Chocimialecz przedstawienie już było skończonew teatrze opadła kurtynaśmierć weszła w ogrody i dworki z modrzewiażurawie zamarły przy studniachwalc ustał w pół taktu i dawna poezjaz dnia na dzień wydała się próżnapróbował na nowo opisać z pamięcitę Polskę pachnącą ziołamiojczyznę skowronków aniołów i dziecii wojsk ze srebrnymi skrzydłamina pomoc przyzywał herosów plejadę– uwierzył że w grobach go słyszą i wziął Matkę Boską na wojnę ze światemarmaty zagrzmiały muzykąi chodził wśród obcych i bił się z myślami– to mało to ciągle za małowięc żeby tchnąć życie w podarte sztandaryzawijał w nie własne ciałogarbate i grzeszne a przez to dość ludzkieby wiernym dzwoniło na trwogęległ krzyżem zapłakał i lity pas słuckiprzewiązał na czarną stronę zabrałeś mu Panie strofy kamienne a dałeś mu wiersze z ciaładaleko za wodą spadała cierpieniem ta Polska co ciałem się stałarunęły wiązania trzynastozgłoskowcamózg żebra i serce strzaskanea wewnątrz świątyni ramiona rozpostarł ten Chrystus co zbawił Warszawę

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół