• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Jak owce na rzeź

    Krzysztof Błażyca

    |

    GN 42/2015

    dodane 15.10.2015 00:15

    Tutaj nazywa się ich mbuzi, czyli owce. Wycieńczeni, ściśnięci w ciężarówkach przedzierają się przez bezdroża północnej Kenii. Spośród nich kilkadziesiąt dziewcząt trafi do Nairobi. Staną się niewolnicami domowymi lub wylądują w lokalnych burdelach. Albo jedno i drugie. I tak co miesiąc…

    Część ofiar to imigranci z Somalii, Etiopii, Erytrei. – Raporty utrzymują, że na jednej tylko trasie z Somalii do Nairobi, i dalej do RPA, rocznie przejeżdża 20 tys. osób. Policja niespecjalnie stara się zatrzymać ten przepływ ludzi. Niektórzy wręcz organizują ich licytację. Podjeżdża pick-up, pada rutynowe pytanie: „Una mbuzi wangapi? (suahili: ile masz owiec?). Od odpowiedzi zależy wysokość haraczu dla stróża prawa – mówi Radosław Malinowski, założyciel organizacji HAART Kenya, przeciwdziałającej handlowi ludźmi. Widział już wiele: dziecko pozbawione oczu i nosa czy 16-letnią Florence, którą sprzedano do Arabii Saudyjskiej, gdy miała 13 lat. – Najpierw przez dwa tygodnie była gwałcona przez gang handlarzy ludźmi. Potem brutalnie wykorzystywana przez rodzinę jej „właścicieli”.

    Gdy uciekła i udało nam się sprowadzić ją do Kenii, była całkowicie wyniszczona. W szpitalu musieli jej usunąć narządy rodne. Pomimo pomocy psychologa otruła się trutką na szczury. Na przełomie roku 2014 i 2015 HAART, wespół z Ministerstwem Spraw Zagranicznych i Międzynarodową Organizacją ds. Migracji (IOM), zajmował się pomocą 32 kobietom zwerbowanym z Kenii do Libii. To jedna z największych operacji sprowadzenia ofiar handlu ludźmi do Kenii. Kobiety zwerbowała agencja pracy. Oferowała posady nauczycielek. Na miejscu zostały wykorzystane do prac fizycznych i seksualnie. Po sprowadzeniu ich z powrotem do Nairobi HAART starał się zapewnić im schronienie. – Był 24 grudnia, święta, większość instytucji zamknięta. Dotarliśmy do jednego ośrodka, ale dla nich to był biznes. Umieścili ofiary w blaszanym baraku, miska ryżu dziennie, a rachunek wystawili jak za dobry hotel. To uświadomiło nam, jak bardzo potrzebne jest profesjonalne schronisko dla ofiar handlu ludźmi. W Kenii, gdzie proceder jest mocno rozwinięty, takiego ośrodka brak.

    Z ceną na szyi

    Nie tylko kobiety padają ofiarami handlarzy, choć w przeważającej większości to właśnie one i dzieci są najbardziej poszukiwanym towarem na rynku „human trafficking” (handlu ludźmi). Biskup rozciągającej się na terenach Masajów diecezji Ngong, John Oballa Owaa, wspomina o swoim pracowniku, który zwabiony perspektywą dużych pieniędzy wyjechał do Dubaju. – Gdy zadzwonił, okazało się, że pracuje za pół darmo i nie ma jak wrócić do rodziny. Potem słuch po nim zaginął. W kenijskich mediach pojawiają się informacje o islamistach Al Szabab, rekrutujących zamachowców w swoje szeregi przez zastraszanie ich rodzin i handel ludźmi. Samuel Laurent w książce „Kalifat terroru” wspomina o przenikaniu bojowników Al Szabab w szeregi Państwa Islamskiego, gdzie handel ludźmi jest jednym ze źródeł finansowania dżihadu prowadzonego przez samozwańczego kalifa Abu Bakra Al-Baghdadiego: „Emir sprzedaje wszystko.

    W tym również kobiety, najczęściej tureckim handlarzom na granicy, którzy następnie wysyłają je do domów publicznych Stambułu lub Ankary”. I cytuje jednego ze swoich dżihadystycznych rozmówców: „To jest całkowicie zgodne z islamem: w czasie dżihadu możesz zabrać kobiety wroga”. Według raportu ONZ z 2 października 2014 roku, kobiety porywane przez Państwo Islamskie trafiają na targi w Al Rakce i Mosulu, „gdzie sprzedaje się je jako niewolnice, wieszając im na szyi tekturkę z ceną”. HAART, od czasu założenia w 2010 roku, pomógł prawie 300 osobom zwerbowanym przez handlarzy „żywym towarem” i przeprowadził warsztaty dla ponad 20 tys. osób zagrożonych sprzedaniem na terenie całej Kenii, również w zainfekowanym konfliktami północnym rejonie Turkana, który omija nawet wojsko.

    Wanjiku i Mary

    Z Wanjiku i Mary (imiona zmienione), ofiarami handlu ludźmi, rozmawiam w biurze HAART, w pobliżu Mukuru Kwaa Njenga, drugiego co do wielkości obok Kibery slumsu kenijskiej stolicy. Wanjiku pochodzi z centralnej części kraju. Ma trzech braci i cztery siostry. Rodzice wcześnie zmarli, więc Wanjiku jako najstarsza musiała zatroszczyć się o rodzinę. Pracy nie było. – I wtedy sąsiad wujka zaprowadził mnie do agenta. Obiecali pracę nauczycielki w Arabii Saudyjskiej. Na miejscu powiedzieli, że będę uczyć w domach prywatnych. Praca nauczycielki okazała się ciężką pracą fizyczną.

    – Wycofałam się po dwóch tygodniach, wróciłam, wtedy agent zaproponował mi Libię. Trafiłam do prywatnego domu. Tam zabrali mi paszport. Przez 3  miesiące pracowałam bez zapłaty. Uciekłam do ambasady. Tam było już wiele dziewcząt z podobną historią. Mary miała mniej szczęścia od Wanjiku. Została kilkakrotnie zgwałcona. – Pewnego dnia znajomy z internetu wprowadził mnie do agencji oferującej pracę w Libii w szpitalu. Warunkiem były testy medyczne. Miałyśmy zarabiać 250 dolarów miesięcznie. Na lotnisku w Trypolisie wyjechał po nas mężczyzna.

    Zabrał nam paszporty i nasze kontrakty i powiedział, że tej nocy będziemy spać w jego domu. Zamiast do szpitala Mary trafiła jako służąca do 6-osobowej rodziny. – Po miesiącu powiedzieli, że mi nie zapłacą, bo wypłatę otrzymuje się po trzech miesiącach. Skontaktowałam się z agentem. Przeniósł mnie do miejsca, gdzie pracowali sami mężczyźni. – Jeden chciał, abym zamieszkała u niego. Gdy odmówiłam, był wściekły. Następnej nocy pojawił się ktoś z bronią. Byłam przerażona… Potem agent przekazał ją do muzułmańskiej rodziny. – W dwa tygodnie kazali mi się nauczyć arabskiego i zostać muzułmanką. Zabronili mówić po angielsku. Dzień zaczynałam o 4 rano. Gdy w Libii doszło do napięć politycznych, agent wziął Mary do swojego biura. – Powiedział, że skontaktuje mnie z Kenijczykami.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • MG
      17.11.2015 22:37
      Nie po raz pierwszy Gość zaskakuje nieprzyzwoitym zdjęciem. Dość mam...
    • ws
      19.11.2015 10:07
      Kara śmierci dla takich to za mało, dożywocie w izolatce bez spacerniaka o chlebie i wodzie
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół