• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Dla wszystkich starczy miejsca

    Jacek Dziedzina


    |

    GN 30/2015

    dodane 23.07.2015 00:15

    Nie wiadomo, kto tu jest bardziej obdarowany: chrześcijanie z Syrii czy przyjmujący ich Polacy. I jedni, i drudzy płaczą, rzucają się sobie w ramiona, gdy ich opowieść o ucieczce z płonącego Damaszku dochodzi do progu nowego domu. W nowej ojczyźnie. 


    Duży dom. Duży ogród. Duży stół. Duża rodzina. Teraz już trzy rodziny.
– Nie podsiadłem kogoś? – pytam po kolejnej zmianie miejsca. – Tu ciągle ktoś kogoś podsiada – Iza i Piotr Hermanowie śmieją się z nowej od kilku dni sytuacji. Śmieją się trochę przez łzy: i z bólu, gdy nowi członkowie rodziny opowiadają o życiu w zasięgu pocisków artyleryjskich, i ze szczęścia – że mają przywilej gościć ich pod swoim kawałkiem nieba. 


    Strefa śmierci


    Adnan Saad (43 lata), żona Nahla (33 lata), córeczka Sara. Młodsze małżeństwo, tylko imiona: Hayel i Sherin (30 lat), córeczka Nancy. Wszyscy z Damaszku. Chrześcijanie z ewangelikalnej wspólnoty Kościoła Jezusa z Nazaretu zamieszkali w domu Izy i Piotra pod Warszawą. Ci jechali po zupełnie inną rodzinę, wrócili do domu z dwiema. Adnan i Nahla mieli jechać do Tarnowa i rozdzielić się ze znajomą parą. Okazało się, że Hermanowie przyjęli Hayela i Sherin, tymczasem zakochali się – jak sami mówią – w rodzinie Saadów i też nie chcieli jej wypuścić.

    Brzmi trochę jak opis mocno przyspieszonego procesu adopcyjnego. Porównanie nieprzesadzone, bo miłość ta sama. 
Syryjczycy często podkreślają, że nie znają odpowiedzi na pytanie, kto jest kim w wojnie, która od ponad 4 lat wypala ich kraj. Przedstawiają tylko konkretne obrazki ze swojego życia, nie dokonują interpretacji. – Żyliśmy normalnie, mieliśmy pracę. Ja pracowałem na budowach, moja żona w stacji telewizyjnej jako dźwiękowiec. Nagle ludzie wyszli na ulice, w pewnym momencie pojawiła się broń, pojawili się zabici, a my ciągle pytaliśmy siebie, co powinniśmy robić. Obserwowaliśmy i czekaliśmy, jak to się skończy – mówi Adnan. – Mieszkaliśmy pod Damaszkiem, nagle ten rejon zaczął być bombardowany. Każdego dnia spadało tam wiele bomb. Codziennie mówiliśmy sobie, że Bóg nas ochroni. Raz nasz dom trafiła rakieta, cała kuchnia została zniszczona. Żona była w pracy, a ja bardzo blisko domu. Praktycznie każde miejsce w Damaszku i wokół było bombardowane. Byliśmy tym zmęczeni. Bóg otworzył nam drzwi do ucieczki i skorzystaliśmy z tego – mówi Adnan. Nawet na pytanie o to, czy mieli nieszczęście spotkać osobiście terrorystów z Państwa Islamskiego, odpowiada dość oszczędnie: – Często przechodziłem w pobliżu dzielnicy Dżobar, na przedmieściach Damaszku, widziałem ludzi z zakrytymi twarzami. Nie wiem, kim byli, ale widziałem, że trzymają broń, bałem się, ale oni nie odzywali się do nas – mówi. Potwierdza tylko, że chrześcijanie są najbardziej atakowaną społecznością w Syrii. – W tzw. Starym Damaszku, w dzielnicy chrześcijańskiej, gdzie było wiele kościołów różnych wyznań, wiele szkół, pociski spadały niemal przez cały czas – dodaje. Nikt z jego rodziny nie został w Syrii. Brat i siostra z rodzinami są w Turcji, matka z drugą siostrą w Kanadzie, trzecia siostra w USA. Tylko rodzeństwo żony z rodzinami zostało na miejscu. 


    Każdy wschód słońca


    Hayel pracował jako terapeuta z osobami chorymi psychicznie oraz z... uchodźcami, m.in. z Iraku i Somalii. Nie przypuszczał, że kiedyś sam będzie zmuszony uciekać z własnej ojczyzny. – Najpierw widzieliśmy, co się dzieje w innych miastach w przekazach telewizyjnych, potem usłyszeliśmy i zobaczyliśmy to samo na naszych ulicach. Mimo to ciągle nie docierało do nas, że to się może dziać w naszym kraju – mówi, a ja przypominam sobie wizytę w Syrii ponad
7 lat temu i Hishama, który z dumą mówił o „najbezpieczniejszym kraju świata”. I było w tym sporo racji. Nawet jeśli ceną tego był cichy zamordyzm w tej arabskiej wersji enerdowskiego socjalizmu. A już na pewno względna wolność wyznania, jaką cieszyły się mniejszości religijne, w tym chrześcijanie, była większa niż w niejednym muzułmańskim kraju.
Hayel: – Mimo toczącej się wojny nadal mieszkaliśmy u siebie, ale zaczęliśmy się bać. Czuliśmy zapach śmierci. Pewnego dnia szedłem do pracy i nagle zobaczyłem spadającą rakietę ok. 200 metrów ode mnie. Innym razem zaczęły spadać bomby, ukryłem się pod samochodem. Gdy wyszedłem, zobaczyłem mnóstwo martwych dzieci… one leżały wokół mnie… Płakałem nad nimi i jednocześnie dziękowałem Bogu za to, że mnie ocalił. Kiedyś z kolei wracałem z pracy i bomba uderzyła dosłownie ok. 100 metrów ode mnie. Jeszcze innym razem poszliśmy do naszych rodziców w odwiedziny. Usiedliśmy i nagle kilka pocisków wleciało do domu przez okno. W innym czasie żona szła z córeczką w wózku, gdy nagle pocisk poleciał w ich stronę, zdążyła zabrać dziecko i uciec – mówi coraz bardziej drżącym głosem. O bojówkach z opisu przypominających terrorystów z Państwa Islamskiego: – Ci ludzie nosili pewne charakterystyczne ubrania, ale nie wiemy, kim są. Lubili atakować kobiety chodzące bez przykrycia głowy i twarzy. Kiedyś Sherin szła do pracy – oczywiście z odkrytą twarzą, jak wszystkie chrześcijanki i większość muzułmanek w Syrii. Była w ciąży. To oni oblali ją jakimś kwasem. Ja zawsze, zanim wyszedłem z domu, przytulałem żonę i córeczkę, całowałem, żegnałem się i mówiłem, że nie mam pewności, czy wrócę. Dlatego każdy nowy dzień był dla nas cudem od Boga – Hayel już nie kryje się z płaczem.


    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół