• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Człowiek z ducha

    Jacek Dziedzina

    |

    GN 04/2015

    dodane 22.01.2015 00:15

    Gdyby Europą rządzili dziś tacy politycy, nie byłoby w niej miejsca ani na pustkę marki „Charlie Hebdo”, ani na fanatyzm islamskich radykałów.

    Najpierw jestem katolikiem, potem Irlandczykiem i politykiem – mówił o sobie Eamon de Valera, ojciec niepodległej Irlandii. Dziś brzmi to jak wyznanie średniowiecznego władcy. A tymczasem jeszcze pół wieku temu polityk z taką hierarchią wartości mógł nie tylko rządzić europejskim krajem, ale wywierać na niego wpływ, który na dziesięciolecia zaważył na społeczno-politycznym klimacie kraju. Bo nie były to tylko pobożne deklaracje, ale pewna wizja i konsekwencja, której tak bardzo brakuje dzisiejszym europejskim elitom.

    Katolicy „z przypadku”

    Postać de Valery warto przypomnieć w czasie, gdy polityczna poprawność (czyt. bezideowość) w Europie Zachodniej przekroczyła już wszelkie możliwe rubikony i granice absurdu, od której Europa się dusi i która stała się właściwie pętlą u szyi Starego Kontynentu. De Valera był dokładną odwrotnością tego, co reprezentuje choćby dzisiejszy premier Irlandii, Enda Kenny. Przed parlamentem mówił niedawno: „Jestem dumny, że stoję tutaj jako premier, któremu przydarzyło się być katolikiem, ale nie katolickim premierem”. Brzmiało trochę jak podobne oświadczenie Kennedy’ego sprzed lat: „Nie jestem katolickim kandydatem na prezydenta. Jestem kandydatem Partii Demokratycznej, któremu przydarzyło się być katolikiem”. Można powiedzieć, że Enda Kenny przynajmniej uczciwie postawił sprawę: ten sam bowiem polityk zasłynął żądaniem ujawniania tajemnicy spowiedzi (co miałoby, jego zdaniem, pomóc w ściganiu pedofilów), zniesienia nauki religii w szkołach czy zmianą definicji małżeństwa. Dopełnieniem jego wizerunku jako „bezstronnego” polityka były życzenia świąteczne, jakie złożył w grudniu ubiegłego roku. Polityk, któremu „przydarzyło się być katolikiem”, nawet nie zająknął się o Bożym Narodzeniu, za to wspomniał coś o „sprawach wyższych” oraz „zdrowiu i szczęściu”. W ten sposób wpisał się w nową świecką tradycję unijnych polityków, wśród których najbardziej poprawnie zachował się świeżo upieczony szef Rady Europejskiej Donald Tusk. Były polski premier na Twitterze napisał, że życzy wszystkim… happy holidays. Nie żadnego Christmas, tylko holidays właśnie. Użył słowa, które pasuje zarówno do Dnia Wędkarza, Święta Pracy, jak i długiego weekendu.

    Pozbawiona wyrazu i wstydząca się swojej tożsamości Europa musiała w końcu wpaść w wielką pustkę, której symbolem niespodziewanie stało się francuskie wulgarno-satyryczne pisemko „Charlie Hebdo”, z drugiej zaś strony – kwestią czasu było zderzenie z radykalnym islamem, który gardzi tym europejskim rozmyciem i nihilizmem. Ostatnie wydarzenia we Francji i poczucie, że Europa doszła do ściany, to dobra okazja, by wrócić do takich postaci, jak Eamon de Valera. Choć wiele z jego poglądów wydaje się dziś zupełnie nie przystawać do rzeczywistości, to jest w nich pewien trzon, który mógłby stać się punktem odniesienia dla „nowego otwarcia” w europejskiej polityce.

    Długa droga

    Eamon de Valera zawsze wzbudzał kontrowersje wśród Irlandczyków. Jak pisze Paweł Toboła-Pertkiewicz, autor pierwszej w Polsce biografii tego polityka, na pytanie o de Valerę zawsze pada odpowiedź: jedni go uwielbiają, inni nienawidzą, nie ma formy pośredniej. A księgarze na pytanie o obiektywną biografię de Valery, odpowiadają z uśmiechem, że taka jeszcze nie powstała. Ta polaryzacja stosunku do premiera i prezydenta Irlandii była widoczna również za życia polityka. Przez długie lata z przewagą jednak jego zwolenników, co pozwoliło założonej przez niego partii Fianna Fáil (Żołnierze Przeznaczenia) wygrywać pod rząd wybory, później co jakiś czas oddawać władzę, by ponownie po nią sięgać. Eamon de Valera pierwszy raz prezydentem Irlandii został już w 1919 roku, choć był to czas, gdy wybijające się na niepodległość państwo nie było jeszcze uznawane przez społeczność międzynarodową. Prezydentem został na fali popularności po powstaniu wielkanocnym w 1916 roku, którego był jednym z przywódców. Był też jedynym z przywódców powstania, który przeżył. Pozostałych skazano na karę śmierci. De Valera zresztą też, ale w ostatniej chwili wyrok zamieniono mu na dożywocie (jak widać, wyroku również nie wykonano). Uratowało go… miejsce urodzenia, Nowy Jork, dokąd wyemigrowała jego matka. A zgodnie z prawem amerykańskim każda osoba urodzona na terenie USA staje się automatycznie obywatelem Stanów Zjednoczonych.

    W 1921 roku, po trwających od dwóch lat walkach, podpisany został traktat z Wielką Brytanią, który, przyznając Irlandii własną państwowość, nadawał jej też status dominium, czyli terytorium zależnego od Londynu. Traktat podpisany przez delegację irlandzką i przegłosowany w irlandzkim parlamencie nie został jednak uznany przez de Valerę, który żądał pełnej niepodległości i to całej Irlandii, a następnie ustąpił z funkcji premiera, którą akurat wtedy sprawował. Z powodu napięć w obozie republikańskim wybuchła wojna domowa, którą de Valera przegrał. Po wyjściu z więzienia założył własną partię, która wygrała wybory w 1932 roku, on sam został zaś ponownie premierem i rządził bez przerwy przez 17 kolejnych lat. Na krótko oddał władzę, by znowu wygrać wybory, aż wreszcie w 1959 roku został prezydentem. I pozostał nim aż do 1973 roku.

    „Święta konstytucja”

    Całą polityczną drogę de Valery szczegółowo przedstawia wspomniany Paweł Toboła-Pertkiewicz w książce „De Valera. Gigant polityki irlandzkiej i jego epoka”. Autor pisze w niej również o kontrowersjach związanych z jego decyzjami, np. w czasie II wojny światowej, czy oceną jego odpowiedzialności lub jej braku za wybuch wojny domowej. W tym miejscu jednak skupimy się na tym, co było głównym motorem jego działalności politycznej, pewną spójną wizją całości, można wręcz powiedzieć – projektem cywilizacyjnym, a nie tylko doraźnym działaniem obliczonym na kolejne wybory.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    • nie wszystko złoto...
      26.01.2015 18:13
      ciekawe, że z czołowych przewrotowców, którzy wywołali zamieszanie w Irlandii, tylko jemu udało się uniknąć kary śmierci. Wieloletni efekt jego rządów też nie jest zbytnio chwalebny. Nie było go widać ani w ekonomii ani w odnowie ducha.
    • antek
      26.01.2015 21:38
      Eamon de Valera to szpieg. Zamiast kreować go na lidera powinni się państwo wstydzić za niego i jego poczynania. Dużo więcej o nim tutaj.

      http://coryllus.pl/?wpsc-product=irlandzki-majdan
    • K.
      21.02.2015 21:39
      Boże daj nam takich polityków! Na myśl o współczesnych władcach odczuwam odruch wymiotny, tak bardzo ich działania i poglądy budzą moje obrzydzenie.

      I nie pisze tego z nienawiści! (szczerze modle się za nich, bo zmierzają prosto w jezioro wiecznego ognia), jedynie z wielkiego bólu, ze żyjemy w czasach tak bardzo zawlaszczonych przez szatana i jego - nieświadomych tego faktu - czcicieli.
    • Alex
      24.02.2015 00:00
      Niewątpliwie ciekawa postać. Wiele pozytywnego można o jego dziedzictwie powiedzieć. Ale też nie wiem, czy bym go idealizował. Jego postawa w czasie II wojny światowej (w sumie uczciwie neutralna, ale jednak lekko germanofilska - np. kondolencje po śmierci Hitlera...) może momentami budzić wątpliwości. Być może też różne późniejsze problemy Kościoła w Irlandii były pośrednio również niezamierzoną, ale jednak konsekwencją jego nieco anachronicznego modelu rządów.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół