• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Brittany odeszła, wychodzą demony

    Franciszek Kucharczak

    dodane 03.11.2014 15:20

    Wiadomości o legalnym samobójstwie 29-letniej Amerykanki są podawane tak, żeby chorym było żal, że jeszcze żyją. Albo wstyd.

    Parę dni temu przeczytałem w lokalnej gazecie o młodym mężczyźnie, któremu przyznano nagrodę, bo powstrzymał kobietę przed samobójstwem. Dziś czytam o 29-letniej Brittany Maynard, która popełniła długo zapowiadane samobójstwo, z pomocą lekarza, w asyście rodziny i przy aplauzie zachwyconych mediów.

    Czym się różnią te dwie sprawy? Czy to, że pani Maynard była chora, a ta druga nie wiadomo, robi aż tak wielką różnicę? Przecież każdy, kto chce odebrać sobie życie, musi bardzo cierpieć – inaczej nie pokonałby instynktu samozachowawczego. Więc jak to możliwe, że doszliśmy do takiego miejsca, w którym w ogóle możliwa jest publiczna zgoda na samobójstwo? I co będzie dalej? Czy za dziesięć lat człowiek przeszkadzający w samobójstwie zostanie ukarany? Na to wskazywałaby logika toczącej się „dyskusji”. To na jej potrzeby oglądamy teraz w kółko w telewizji sielskie obrazki z życia Brittany i czytamy fragmenty jej listu pożegnalnego. I słyszymy, jak to pięknie umarła 1 listopada (bo tę datę sobie obrała), przy dźwiękach ulubionej muzyki i w otoczeniu kochającej rodziny. I słyszymy jej dumne oświadczenie: „Umrę na własnych warunkach”.

    To przemawia do wyobraźni. To robi wrażenie, że oto pojawia się możliwość zapanowania nad śmiercią i pokazania stojącemu już w drzwiach cierpieniu: „A takiego!”.

    Oczywiście jest już z tego „dyskusja” na całego, bo i nie mogło być inaczej. Po to się wpuszcza w przestrzeń publiczną wyjątkowe przypadki i przykrawa się je odpowiednio do zamówienia, aby w głowach zakodowało się, jak piękną rzeczą jest zabijanie… Wróć! – Pomoc w samobójstwie. Wróć! – Umożliwienie godnego odejścia.

    Tymczasem takie dylematy „żyć czy się zabić” w ogóle nie powinny zaistnieć, bo prawo naturalne nie daje tu żadnej alternatywy. Żyć – to jedyna odpowiedź. Jedyna, bo nikt nam nie dał prawa decydowania o zadaniu śmierci.

    Oczywiście można to zakwestionować i powiedzieć, że my sobie to prawo właśnie nadajemy. No jasne. Przy założeniu, że człowiek jest miarą wszechrzeczy, to nie takie prawa można sobie przyznać. Ale człowiek nie jest miarą wszechrzeczy, o czym się już nieraz boleśnie przekonywał. I jeśli pycha znowu pcha ludzkość ku kolejnym eksperymentom, to znaczy, że ponownie będziemy musieli zmierzyć się z potworem. Na razie rośnie, ale gdy już dojrzeje, zapłacimy straszną cenę za gwałt na naturze. Czy naprawdę trudno przewidzieć, jak to zaowocuje w mentalności społeczeństw? Chorzy i starzy będą uważali za swój obowiązek prosić o śmierć, bo przecież wszyscy tak robią. Do reszty zaniknie szacunek dla cierpiących, bo skoro jeszcze się tu pętają, to sami sobie winni. A ile tam będzie nadużyć i morderstw w białych rękawiczkach, to już nawet i mówić nie warto. A na to wszystko nałożą się konsekwencje duchowe, których wielu nie uznaje, ale i tak wszyscy je odczują.

    W Polsce z eutanazją na razie za bardzo nie wyszło, bo obiecująca początkowo sprawa Janusza Świtaja ostatecznie okazała się sromotną porażką eutanazistów.

    Sprawa Brittany Maynard do propagandy śmierci na życzenie nadaje się dużo bardziej, choćby dlatego, że ta kobieta już nie żyje i żadna Anna Dymna niczego już tu nie zmieni (jak zmieniła w przypadku Świtaja). Ponadto jest to sprawa amerykańska, a jak coś jest amerykańskie, no to sami wiecie. Ludzie to kupią, bo mają dobre serca i jak im się mówi w telewizorze, że coś jest dobre, no to wierzą. Dlatego, jeśli sprzeciwisz się eutanazji, zawsze możesz liczyć na „empatycznych”, którzy tonem znawców powiedzą: „Nie gadaj, bo nie wiesz, co to jest umierać w męczarniach”. Mówią to tak, jakby sami co najmniej kilka razy już umarli. Normalnie Łazarze.

    I na tę „empatię” liczą też propagandyści eutanazji – bo leczenie kosztuje, a po co inwestować w drogie programy popychające medycynę do przodu, skoro można rozwijać grabarstwo. Wychodzi taniej. I wszyscy zadowoleni – zwłaszcza firmy ubezpieczeniowe. No i, rzecz jasna, główny rozgrywający – odwieczny miłośnik śmierci.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • ON
      05.11.2014 19:27
      Czlowiek ma wolna wole i ma prawo z niej skorzystac. Podobno to nawet Bog dal czlowiekowi wolna wole. Skoro ktos decyduje o tym ze nie chce cierpiec i popelnia samobojstwo to jest to jego prawo, ktore dal mu Bog. Nikomu wiec nic do tego. To sprawa miedzy Bogiem a tym czlowiekiem.
    • onkolog
      05.11.2014 22:40
      Znam wielu ludzi, którzy żyją ze świadomością, że ot ich życie zbliża się do końca, że choroba będzie już tylko postępować. Nikt z nich dotychczas nie chciał wcześniej odchodzić, choć trudno im było pogodzić się z szybko postępującą niesprawnością, byciem "ciężarem" dla bliskich, fizycznym cierpieniem, które nie zawsze da się całkiem likwidować lekami.
      Czytając o eutanazji młodej Amerykanki pomyślałam, że wpisuje się jej postępowanie w pewien utarty schemat myślowy, częsty u naszych pacjentów - "oto ja mam kontrole nad moim życiem. Nie pozwolę, by ktoś się mną opiekował, dotykał mojej fizjologii. Nie wyobrażam sobie siebie jako osoby niedołężnej, zależnej od innych, więc póki jeszcze mogę decydować, zrobię tak, by uniknąć tego stanu - ja tu rządzę"
      A przecież Jezus powiedział do Piotra "Gdy byłeś młodszy, przepasywałeś się i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce i ktoś inny cię przepasze i poprowadzi, gdzie nie chcesz"
    • adas
      07.11.2014 08:53
      @RaBi
      "w moim środowisku (rodzinie, znajomych), trudne jest do wyobrażenia aby osoba umierająca czuła się jak zwierzę czy miała obawy, że tak będzie postrzegana."

      ja tylko chcę dać wyraz przekonaniu, ze człowiek w sytuacjach cierpienia i braku nadziei na poprawę może mieć różne odczucia - w tym także odczucie braku sensu kontynuowania własnego cierpienia. Niekiedy po prostu brak już sił.

      nie zawsze myśl o zakończeniu swego życia jest wyrazem pójścia na łatwiznę. bywa po prostu wynikiem długotrwałej bezsilności w walce z bólem.
      niestety, ból oddala nas od innych: prosty ból zęba powoduje, że staję się bardzo samotny - choćby wszyscy wokół bardzo mi współczuli i mnie wspierali. bólu fizycznego to nie zmniejsza (daję taki przykład z codziennego życia, żeby zobrazować, że nie zawsze chodzi tylko o brak wsparcia, bliskości i zrozumienia od innych - chodzi o ból, który człowieka sprowadza do pozycji cierpiącego biologicznego organizmu i niczego więcej - w takim stanie decyzje mogą być różne i o zrozumienie tego zabiegam...)
    • adas
      07.11.2014 20:29

      @RaBi
      "Wymądrzam się, ponieważ nie deklarowałem, że wiem lecz udałem się na rozmowy do osoby, która jest w tej dziedzinie specjalistą.
      Adas odrobinę pokory Tobie życzę i otwórz się na wiedzę innych ludzi."

      sorry, nie podejmę dyskusji o tym, czego dowiedziałem się od kuzyna kolegi przyjaciela mojego brata - choć jest to osoba też wysoce kompetentna.
      istota leży bowiem obok tego.
      dla mnie sedno jest tutaj, że powtórzę:

      zapewniam Cię, że ból o którym piszesz, że jest "jedyny" - jedyny nie jest. mimo miłości wokół (choć, nie przeczę, bardzo wielu osobom ciepiącym ta dookolna miłość daje wiele siły).
      w tej materii sprawa jest tak indywidualna, że ja nie miałbym odwagi pisać i twierdzić, iż może być tylko tak, jak ja jestem w stanie sobie wyobrazić.


      pozdro.

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      przewiń w dół