• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Jasność! Widzę jasność!

    Marcin Jakimowicz

    |

    GN 33/2014

    dodane 13.08.2014 00:15

    Bez mediów, bez Facebooka, bez informacji, że Legia odpada, mimo że gromi Celtic, bez pogaduszek. W absolutnej ciszy. Sam na sam. Ze sobą i słowem. Powinny odstraszać. A jednak cieszą się niesłabnącym powodzeniem.

    Ciemność! Widzę ciemność! – krzyczał w „Seksmisji” po wybudzeniu z hibernacji Jerzy Stuhr. Niespełna 10 lat temu też tak krzyczałem – opowiada Adam Szewczyk, gitarzysta. – Tylko że to nie był plan filmowy. To było moje najprawdziwsze życie. Cała jego dotychczasowa konstrukcja rozsypała się jak domek z kart. Rodzinnie i zawodowo leżałem na złomowisku. Naprawdę nie chciało mi się żyć. Unoszący się po katastrofie pył przesłaniał niemal wszystko. Niemal. Życie jednak płynęło dalej. W sercu pojawiały się nowe uczucia i marzenia. A ja zupełnie nie wiedziałem, co z tym wszystkim zrobić. Bałem się. Bardzo się bałem. Nie potrafiłem rozeznać, co od Boga, a co od diabła. Spróbować jeszcze raz czy nie? – pytałem z uporem maniaka dzień w dzień. Piętno przeszłości działało jak niemiecka maszyna, skutecznie blokując każdy ruch. I wtedy dostałem znak. Z nieba, jak się okazało. Dwie nieznające się osoby powiedziały mi to samo: „Jedź na rekolekcje ignacjańskie”.

    Pojechałem. Początek był szokujący. Wyobraźcie sobie pracujący na pełnych obrotach wielki kombajn zbożowy. To nasze rozkręcone życie. Kombajn huczy non stop, więc przyzwyczajamy się do hałasu. Nagle ktoś wyłącza maszynę. Silnik, wszystkie kółka, paski, turbiny i przekładnie zatrzymują się stopniowo. Powoli wyłania się powalająca cisza. Zaczynamy słyszeć szum drzew, szelest strumyczka, śpiew ptaka. Właśnie tak działają rekolekcje ignacjańskie. Za drzwiami domu rekolekcyjnego zostawia się wszystko. Pracę, internet, komórkę, telewizor, relacje, słowotok. Cały inwentarz tego świata. Nawet podczas posiłków nie ma rozmów. Zawieszenie między dwoma światami. Niektórzy są tak uzależnieni od hałasu życia, że nie wytrzymują i uciekają po dwóch dniach. Mnie udało się wytrzymać. Odkryłem rzeczywistość, o istnieniu której nie miałem pojęcia. Okazuje się, że Boga jednak można usłyszeć. W słowie, obrazie, medytacji, uczuciu, ciszy. Zadawałem Mu bardzo konkretne pytania. Dotyczące mojej przyszłości. Konkretnych osób. Konkretnych decyzji. I dostałem konkretną odpowiedź. Takiej pewności nie miałem nigdy wcześniej i nigdy potem. Jakby na potwierdzenie zadzwonił do mnie jakiś czas potem ojciec duchowny. Powiedział krótko: „Żeń się. Najgorsze, co możesz teraz zrobić, to nic nie zrobić”. Opuszczając po prawie dwóch tygodniach dom rekolekcyjny, krzyczałem: „Jasność! Widzę jasność!”.

    Zapraszamy do ćwiczeń

    Nazywane są ignacjańskimi, bo ich autorem jest św. Ignacy z Loyoli, założyciel jezuitów (w tym roku świętujemy 450. rocznicę przybycia zakonu do Polski i 200. wskrzeszenia Towarzystwa). Nie on stworzył tę metodę, ale skrupulatnie opisał w niej to, czego sam doświadczył. Skuteczność rekolekcji sprawdzona przez samego świętego i jego towarzyszy doprowadziła w 1548 roku do oficjalnego zatwierdzenia książeczki „Ćwiczeń duchownych” przez papieża Pawła III. „Są – notował sam św. Ignacy – najlepszą rzeczą, jaką w tym życiu mogę sobie pomyśleć i w oparciu o doświadczenie zrozumieć, aby człowiek mógł i sam osobiście skorzystać, i wielu innym przynieść owocną pomoc i korzyść”. Pius XI w encyklice „Mens nostra” (1929) nazwał je bez zbytniego owijania w bawełnę „najmądrzejszym i ze wszech miar uniwersalnym kodeksem reguł zdolnych wprowadzić duszę na drogę zbawienia i doskonałości”.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»

    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół