• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Wojownik leży krzyżem

    dodane 03.07.2014 00:15

    Gdy się uniżasz, Bóg wylewa na całą twoją rodzinę swoje miłosierdzie. Nakłada na twój palec pierścień godności syna i córki króla i zabiera brudne szaty grzechu. O niezwykłej mocy modlitwy uniżenia z ks. Dominikiem Chmielewskim, salezjaninem, rozmawia Weronika Pomierna.

    Weronika Pomierna: Sobotni wieczór w klubie. Trzeba wejść do środka i podejść do osoby stojącej po lewej stronie sali. Jak wyglądałaby ta czynność 20 lat temu?

    Ks. Dominik Chmielewski: Przede wszystkim koncentracja. Na pewno nie skręciłbym od razu w lewo, ale obszedł filar sporym łukiem, żeby mieć pewność, że nie dostanę niespodziewanego ciosu. Po 15 latach trenowania karate mój umysł był przygotowany do tego, żeby w każdej chwili móc stoczyć walkę na śmierć i życie. Oczywiście nie podejmowałbym jej, jeśli moje życie nie byłoby zagrożone. Jeśli jednak pojawiłoby się realne niebezpieczeństwo, to byłbym gotowy na wszystko. Każda czynność była podporządkowana tej mentalności. Sposób, w jaki siadałem, zamykałem drzwi. Czułem dyskomfort, gdy siedziałem w restauracji i nie obserwowałem wszystkich ludzi. Dzisiaj ludzie często atakują pod wpływem narkotyków, nie czują od razu bólu. Człowiek na amfetaminie dopiero po kilkunastu sekundach czuje ból zadany przez kopnięcie na przykład w jądra. Przez ten czas jeśli wyjmie nóż, to może cię zabić.

    Na ulicy nikt nie lituje się nad tobą. Uczyłem się najskuteczniejszych, bardzo brutalnych technik – wykłuwania oczu, przegryzania tętnic, skręcania karku, ataków na najbardziej niebezpieczne punkty w ciele człowieka. Trenowaliśmy specjalny okrzyk, który na ułamek sekundy eliminuje naturalną barierę, którą ma każdy człowiek przed zadaniem bólu czy zabiciem przeciwnika. Wyobraź sobie, że trenujesz w ten sposób 2–3 razy dziennie, plus często trening nocny. Robiliśmy też specjalne ćwiczenia mentalne związane z eliminacją jakiegokolwiek lęku. Zdarzało się wtedy, że kumple, z którymi walczyłem, przerywali walkę i mówili wprost: „Człowieku, co ty masz w oczach? Nie będę z tobą walczył. Ty mnie zabijesz”.

    Nie oni jedni zauważyli tę transformację.

    Kiedyś odwiedziłem przyjaciela naszej rodziny, benedyktyna o. Karola Meissnera. Powiedział mi: „Dominik, co stało się z twoimi oczami?”. Nie wiedziałem, co ma na myśli. Byłem wtedy zupełnie pochłonięty sztukami walki. Gdy miałem 21 lat, zostałem dyrektorem technicznym ds. karate w Polskim Związku Sztuk Walki. Zakładałem swoje własne szkoły walki. Mimo fascynacji karate nigdy nie odszedłem jednak od codziennej modlitwy. Studiowałem filozofię i teologię, byłem animatorem w Odnowie w Duchu Świętym i oazie. Choć duchowo czułem się wojownikiem Dalekiego Wschodu, nie podawałem w wątpliwość, że chrześcijaństwo jest prawdziwe. To pokazuje, jak ważne jest duchowe zakorzenienie rodziny. Gdy moja mama była ze mną w ciąży i dowiedziała się, że moje życie jest zagrożone, oddała mnie całkowicie Maryi. Urodziłem się zdrowy. Gdy przez te wszystkie lata trenowałem rano tak, żeby mieć pełną kontrolę nad swoim życiem, w pokoju obok mój tata czytał Biblię i powierzał nas Bogu. W 1995 r. dostałem zaproszenie na wyjazd do Medjugorie. Kościół nie wypowiedział się jeszcze ostatecznie co do prawdziwości objawień, ale właśnie tam nastąpił totalny duchowy przełom, w wyniku którego zostałem kapłanem, salezjaninem.

    Jak zareagowała rodzina?

    Nie mogli mnie poznać. Doświadczyłem tam bardzo mocno obecności Pana Boga i Maryi. Pamiętam, że zaraz po powrocie zupełnie zapomniałem o zgrupowaniu dla czarnych pasów, które miałem prowadzić. Gdy przyjechałem na szkolenie, miałem przypięty do pasa różaniec. Powiedziałem: „Dzisiaj nie będzie żadnej medytacji, ale wszyscy odmówimy dziesiątkę Różańca”. Chłopcy byli w ogromnym szoku. Potem tradycyjnie pokazywałem, jak zabić człowieka na 30 sposobów, a na koniec powiedziałem, że to przecież nie o to chodzi w życiu, ale o to, żeby doświadczyć tego, że Bóg nas wszystkich kocha. Patrzyli na mnie osłupiali. Potem poszliśmy do pubu. Opowiadałem, im co przeżyłem w Medjugorie. Mówili: „Fajnie byłoby przeżyć to, co ty”. Pomodliliśmy się spontanicznie tam, w pubie, żeby chłopcy mogli doświadczyć miłości Boga.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

    TAGI: KOŚCIÓŁ

    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • asia
      27.08.2014 21:32
      Myślę, że każdy ma swoje świadectwo nawrócenia jeśli chodzi o księdza Dominika,trzeba wyciągnąć coś dla siebie dobrego. On to musiał zmienić by się nawrócić itp... Każdy ma coś w sobie, w życiu co musi zostawić aby jego życie przyniosło owoce nawrócenia. Ksiądz nie pisze, że wszystkie sztuki walki dla sportu są złe.Nie dajmy się zwariować, ale trzeba uważać i wybierać.Niech Jezus w nas działa i prowadzi nas do siebie przy naszym udziale :)
    • mirek
      20.11.2014 10:11
      Mozna grac w szachy i wyobrazac sobie likwidowamie figur - ludzi .Paranoja.
      karate trenuje sie aby pozbyc sie agresji -zintegrowac ja .Jest w kazdym z nas
    • GośćKasia
      05.03.2017 20:46
      Bardzo mnie wzruszył i zafascynował ksiądz Dominik swoimi świadectwami. Zaczęłam modlić się w pozycji krzyża, błagając za grzechy moje,rodziny,rodziców i przodków. Za każdym razem podnoszę się zapłakana,wzruszona, ale z olbrzymią wiedzą o moich grzechach,których wcześniej nie dostrzegałam. Modlę się w intencji mojego syna. Mam nadzieję,że Bóg Miłościwiy wysłucha moich wołań o pomoc,a także tego za co jestem Mu wdzięczna. Dziękuję księdzu za to, że jest i może nam pomagać swoją determinacją, modlitwą oraz zachęcając nas do przyznawania się przed Bogiem za grzechy,których jak się nam wydaje -nie mamy. Ogromne Bóg zapłać.
    • Gość
      22.04.2017 20:28
      Niesamowite,że można na taką skalę manipulować ludzmi i sprawować nad nimi kontrolę😞
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół