• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Skandal Bożego Narodzenia

    dodane 19.12.2013 00:15

    O Bogu, który chciał pobrudzić się światem, z bp. Grzegorzem Rysiem 
rozmawia
 J. Dziedzina
.

    Jacek Dziedzina: Boże Narodzenie oswoiliśmy bardziej niż Wielkanoc – sielskie obrazki stajenki łatwiej „sprzedać” niż koronę cierniową i pusty grób. Bez zająknięcia śpiewamy pastorałki, tak jakby to, że Bóg staje się człowiekiem, było czymś oczywistym.


    Bp Grzegorz Ryś: W całej historii biblijnej widzimy, że w Bogu od początku jest tendencja ku wcieleniu – że On staje się najważniejszym aktorem ludzkiej historii, że w niej uczestniczy. W Starym Testamencie jest cały szereg niewątpliwie cudownych narodzin. Historia zbawienia z Abrahamem zaczyna się od obietnicy potomka danej człowiekowi 75-letniemu, którego żona jest bezpłodna. Także Samson jest cudownie poczętym dzieckiem. Podobnych sytuacji jest wiele, aż do progu Nowego Testamentu, czyli do Jana Chrzciciela. Jest więc taka tendencja Boga, który szedł ku wcieleniu przez dzieje Starego Testamentu. 


    Ks. Józef Tischner pytany kiedyś, dlaczego właściwie Bóg stał się człowiekiem, odpowiedział: z zazdrości. 


    (Śmiech) Odpowiedź Tischnera wyrastała z filozofii chrześcijańskiej, w której były momenty tak wielkiej fascynacji człowiekiem, iż rzeczywiście w takim duchu odpowiadano na to pytanie. Ale to z pewnością nie jest zasadnicza odpowiedź, jaką daje chrześcijaństwo. Zasadnicza odpowiedź jest taka, że Bóg stał się człowiekiem dla naszego zbawienia. Człowiek potrzebował zbawienia. Bo odpowiedź w duchu: „co takiego jest w człowieku, że Bóg chciał się nim stać”, wygląda na przedłużenie mitów greckich, gdzie bogowie czasami mieli ochotę zaznać ludzkich przyjemności, więc na chwilę przebierali się za ludzi. Myślę, że takie refleksje są bardziej fascynacją tym, co ludzkie, niż tym, co boskie. Natomiast wcielenie jest niewątpliwie punktem dojścia do tego, co w Bogu jest od samego początku, czyli pasji do spotkania z człowiekiem, do dialogu. Ten dialog zaczyna się w raju od pytania: „Adamie, gdzie jesteś?”. Dialog Boga z człowiekiem sięga szczytów w momencie wcielenia. I nie ma on ostatecznie innego celu jak zbawienie człowieka, bo jest to dialog z kimś, kto odwrócił się do Boga plecami. 


    To jeszcze bardziej bulwersuje w narodzinach Jezusa: że to nie świat przychodzi na kolanach do Boga, tylko Bóg klęka przed tym światem. 


    Boże Narodzenie to bardzo ważna odpowiedź na obrazy Boga, jakie nosimy w sobie, obrazy sączone w nas – myślę, że ostatecznie przez szatana. Można je sprowadzić do pewnej podejrzliwości wobec Boga: przyjęcie Boga w życiu mnie ogranicza, Bóg jest jakimś absolutnym władcą, który zakazuje i nakazuje, jest Stwórcą, ale tylko takim, który uruchomił ten świat i przestał się nim zajmować. Wiele takich podejrzeń nosimy w sobie, a obraz Boga w chrześcijaństwie absolutnie im zaprzecza. Pan Bóg we wcieleniu, ale i w całej historii zbawienia zaprzecza temu, co jest religijnością naturalną.Dlatego tu jest możliwe zgorszenie Bogiem, który postępuje w ten sposób. Także zgorszenie osób jakoś tam religijnych. Odpowiedzi, które otrzymujemy w Chrystusie na najważniejsze z ludzkich pytań, nie są odpowiedziami ani oczywistymi, ani uproszczonymi. Przy całej pełni Objawienia, jaka jest nam dana w Chrystusie, to są też odpowiedzi, w których trzeba się zatrzymać przed progiem jakiejś tajemnicy. Bóg nie powiedział nam w Jezusie Chrystusie wszystkiego. Powiedział to, co chciał powiedzieć. Dlaczego niedawno na Filipinach w jednym momencie zginęło parę tysięcy osób? Nie ma na to odpowiedzi. W Jezusie Chrystusie można jedynie znaleźć odpowiedź na pytanie, co z tym zrobić, czy można takim wydarzeniom nadać wtórnie jakikolwiek sens. 


    Mówi się czasem, że Bóg zstąpił z nieba po to, by pobrudzić się światem.


    Bóg nie potępia człowieka, zanim nie wejdzie w jego buty. Wcielenie jest tutaj punktem dojścia. Po co Bóg idzie do Sodomy? Wszyscy wiedzą, co się tam dzieje, ale Bóg nie wyda wyroku na Sodomę, dopóki do niej nie pójdzie… To jest niesamowita historia, zapisana w Pięcioksięgu, a więc w najstarszych pokładach Objawienia biblijnego. I właśnie do tego niejednokrotnie się odwołujemy, mówiąc o upomnieniu braterskim: gdy twój brat zgrzeszy, idź, upomnij go w cztery oczy. Ale to są tylko kolejne implikacje – a główny motyw samego aktu wcielenia jest taki, że Bóg, który stworzył człowieka do szczęścia, chce człowiekowi to szczęście przywrócić. Dlaczego Bóg tak postępuje? Wyłącznie dlatego, że tego chce. Nie ma po stronie człowieka powodów, dla których Bóg miałby się w niego wcielać. Nie ma po stronie człowieka żadnych powodów, dla których Bóg powinien go kochać. Na tym polega najwspanialszy przymiot Boga – miłosierdzie. 


    Co to właściwie znaczy, że Bóg stał się jednym z nas? Jezus jest i Bogiem, i człowiekiem, ale człowiek Bogiem nigdy nie będzie. Nie jest to zatem sytuacja jak równy z równym. 


    Tu trzeba rozróżnić: najpierw: czym to jest dla Boga, a potem: czym to jest dla nas. Co to znaczy dla Boga, że stał się jednym z nas? Dla mnie najbardziej przejmujący jest drugi rozdział Listu do Filipian, Hymn o kenozie Jezusa Chrystusa. Długo nie rozumiałem tego hymnu. Zawsze mnie zastanawiało, na czym polega upokorzenie, którego doświadcza Bóg, stając się człowiekiem. Dlaczego miałoby to Boga upokarzać, skoro człowiek jest najdoskonalszym z Boskich stworzeń? Aż kiedyś dotarło do mnie, że nie można być człowiekiem „w ogóle”. Można być wyłącznie konkretnym człowiekiem. Człowiek „w ogóle” nie istnieje. Może być pewna definicja filozoficzna czy teologiczna, ale definicja jest zawsze abstrakcją, natomiast w konkrecie istnieje tylko dany człowiek. I to jest odpowiedź na pytanie, co to znaczy, że On jest jednym z nas: przyjmuje wszystkie ograniczenia, jakie są wpisane w ludzką kondycję. Konkretny człowiek funkcjonuje zawsze w konkretnym miejscu, w konkretnym czasie, pochodzi z konkretnej rodziny, ma konkretną wiedzę, jaka jest dostępna w tym czasie i miejscu. I to stanowiło zawsze największą trudność w przyjęciu dogmatu o wcieleniu. Człowiek, który jest pobożny, w stosunku do Jezusa Chrystusa ma kłopot: musi przyjąć, że Jezus z Nazaretu o astronomii wiedział mniej niż dziecko, które dzisiaj chodzi do III klasy. Mamy kłopot z przyjęciem tego, że Jezus musiał uczyć się modlitwy, że św. Józef pewnie musiał uczyć Go historii biblijnej, prowadzić do rozumienia, kim jest Bóg. 


    Bo to trudne do zrozumienia. Na przykład czy gdy Jezus był kuszony na pustyni, to był kuszony tylko jako człowiek, czy również jako Bóg? Czy kiedy bał się śmierci podczas modlitwy w Ogrójcu, to bał się i jako człowiek, i jako Bóg?


    Zawsze jeden i ten sam. Można zacząć od jeszcze prostszego przykładu: dwunastoletni Jezus w świątyni, który wie, że jest Synem Bożym. Skąd to wie? Z modlitwy. A nie z tego, że w głowie przestawił sobie wajchę: teraz używam swojej natury boskiej, a teraz ludzkiej. Jezus miał świadomość, że jest Bogiem, ale miał ją jako człowiek. Dochodził do tej świadomości na modlitwie. 


    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół