• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Misyjny bank miłości

    Szymon Babuchowski

    |

    GN 29/2013

    dodane 18.07.2013 00:15

    Miłość to jedyny pieniądz, który wydawany procentuje – twierdzą Asia i Darek Ściepurowie. Pewnie dlatego żyją rozpięci między dwoma krajami: Polską i Ekwadorem.

    Przez większą część roku uczą angielskiego w malowniczej Kotlinie Kłodzkiej, gdzie mieszkają, ale cały ten czas naznaczony jest oczekiwaniem na wylot w zupełnie inną część świata. Asia i Darek Ściepurowie kursują z synami do Ekwadoru, by pomagać wspólnocie Cristo Misionero Orante. Wraz z siostrami z tego zgromadzenia opiekują się maluchami z wiosek położonych niedaleko Quito i dziewczętami z amazońskiego plemienia łowców głów Shuar. Edukują młodych Indian, a gdy wrócą do Polski, przy każdej okazji opowiadają o tym, czego doświadczyli za oceanem. Założyli nawet Katolickie Stowarzyszenie Charytatywno-Misyjne, by zarażać innych miłością do miejsca, które ich odmieniło.

    Pizza (nie) do podziału

    Wszystko zaczęło się w roku 1989, gdy komunizm upadł i otworzyły się granice. To właśnie wtedy śp. Władysław Stasiak – przyjaciel Darka od lat szkolnych, a później także znany polityk – wymyślił męską wyprawę do Peru. Trzech facetów wyprawiło się z plecakami, by deptać po śladach Inków. – Lecieliśmy przez Moskwę, bo było najtaniej. Bilet kosztował sto dolarów. Te pieniądze chciałem wcześniej zainwestować w malucha – śmieje się Dariusz Ściepuro. – Przyjechaliśmy z biednej, komunistycznej Polski, ale trafiliśmy do kraju znacznie biedniejszego. Byłem zaskoczony tym, co tam zastałem, i bardzo poruszony. Ale wkrótce okazało się, że sami też musimy oszczędzać. Mieliśmy ze sobą przewodnik nie do końca aktualny, jeśli chodzi o ceny. Więc zamiast zjadać trzy posiłki dziennie, jedliśmy jeden, a resztę uzupełnialiśmy sucharami przywiezionymi z Polski. Nie da się ukryć, że chodziliśmy mocno głodni, a spodnie na nas wisiały. Raz weszliśmy w Cuzco do takiej fajnej kafejki z andyjską muzyką, żeby w końcu coś ciepłego zjeść.

    Siedzimy sobie przy stoliku, słuchamy muzyki, a tu wyjeżdża pizza, taka pachnąca, prosto z gorącego pieca. I kiedy nakładamy ją sobie na talerze, nagle otwierają się drzwi i do kafejki wchodzi mały, na oko dziewięcioletni chłopak. Staje przy naszym stoliku, nic nie mówiąc. Ja trzymam widelec ze smakowitym kęskiem w powietrzu i w zasadzie wiem, co powinienem zrobić, ale okazuje się, że jestem za słaby, nie podejmuję żadnej decyzji. W tym momencie Władek wstaje zza stolika, podsuwając chłopakowi talerz. Tamten, również na stojąco, w milczeniu, zjada całą porcję i wychodzi. Dla mnie to było doświadczenie jak z „Lorda Jima”. Wydaje nam się, że jesteśmy wspaniali, cudowni, że na wszystko nas stać, a okazuje się, że w konfrontacji z rzeczywistością wcale tak pięknie nie jest. Ten obraz zabrałem ze sobą do Polski.

    Odnalezione kolory

    Dariusz po powrocie z pasją opowiada swojej przyszłej żonie Joannie o Ameryce Południowej. „Muszę Cię tam kiedyś zabrać” – powtarza. – Nie żebym nie chciała, ale wydawało mi się to wtedy czymś odległym – wspomina Asia. Tymczasem budują rodzinę, mijają lata. Ściepurowie wyjeżdżają z Wrocławia do Kotliny Kłodzkiej, a obrazy, które Darek nosi w sobie, cały czas są spychane na dalszy plan. Aż do momentu, gdy do domu w Ponikwie przyjeżdża rodzina zaprzyjaźnionych Chorwatów, poznanych w Taizé. Okazuje się, że ich znajomi są wolontariuszami na misji w Ekwadorze. Dariusz od razu podejmuje temat.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół