• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Rozwijaj żagle!

    Marcin Jakimowicz

    |

    GN 20/2013

    dodane 16.05.2013 00:15

    O przewadze żeglowania nad wiosłowaniem i czekaniu na Tego, który i tak przyjdzie, kiedy chce, z siostrą Bogną Młynarz ZDCH

    Marcin Jakimowicz: Zabiła mi Siostra niezłego klina…

    S. Bogna Młynarz: Ja???

    Tak. W grudniu na rekolekcjach rzuciła Siostra do mikrofonu: „Kto z was spotkał żywego Jezusa? Jeśli choć przez chwilę się zastanawiasz, to znaczy, że jeszcze Go nie spotkałeś”.

    I teraz muszę się z tego usprawiedliwiać?

    Tak. Bo minęło kilka miesięcy, a ja wciąż się zastanawiam. (śmiech)

    To pytanie jest prowokacją. Nie mam zamiaru wartościować: jeśli ktoś podniesie rękę, to jest na wyższym poziomie życia duchowego. Nie ma w tym absolutnie żadnego oceniania. To pytanie o subiektywne doświadczenie działania Boga w życiu. Ukułam sobie prywatną definicję rozwoju życia duchowego: polega ono na tym, by to, co wydarzyło się już obiektywnie (zbawienie, Boża miłość, przebaczony grzech, niebo otwarte), stało się moim osobistym, doświadczonym na własnej skórze przeżyciem. I w tym znaczeniu pytam o to ludzi. Pytam, czy spotkali Jezusa. Bo On ich już spotkał, ale nie wiadomo, czy oni otworzyli się na Jego obecność, rozpoznali Jego przyjście. Nie chodzi mi o jakieś wizje: o to, by ludzie zaczęli mi opowiadać, jaki kolor oczu ma Jezus. Chodzi o doświadczenie, dzięki któremu możemy powiedzieć: Bóg przeszedł przez moje życie. Ponieważ jest to rzeczywistość duchowa, często dopiero po jakimś czasie możemy powiedzieć: Ooo, tu był Pan.

    A puzzle zaczynają do siebie pasować…

    Jest to doświadczenie duchowe. Bóg dotyka ludzkiego ducha. Ale to dotknięcie może promieniować na naszą psychikę, a nawet rozlewać się na nasze ciało. Może być subtelne, a może być też trzęsieniem ziemi, jak u św. Pawła pod Damaszkiem…

    I to Duch Święty zmienia tę obiektywną rzeczywistość w subiektywne doświadczenie?

    Tak! Jezus mówi: Duch wszystkiego was nauczy, wszystko wam przypomni. Czyli to, czego Jezus obiektywnie dokonał, dzięki Duchowi Świętemu staje się naszym doświadczeniem

    Dlaczego Jezus zapowiada, nie owijając w bawełnę: „Pożyteczne jest dla was moje odejście. Jeśli nie odejdę, nie przyjdzie Pocieszyciel”? Człowiek woła i odpowiada mu echo…

    Wydaje mi się, że chodzi tu o zmianę sposobu doświadczania Boga. Jesteśmy ludźmi zmysłowymi i do pewnego momentu Pan Bóg chodzi za człowiekiem i mówi jego językiem. To znaczy komunikuje się z nami w taki sposób, w jaki jesteśmy w stanie zrozumieć i przyjąć. Ale to jedynie początek drogi. Ostatecznie chodzi o to, byśmy nauczyli się komunikować z Jezusem w sposób duchowy. I to Jego zniknięcie, wycofanie się (Paweł opisuje to zjawisko: „my już nie znamy Jezusa według ciała, ale według ducha”) to zmiana sposobu doświadczania Boga. Teraz to my uczymy się języka Boga, uczymy się rozpoznawać Jego obecność.

    Dwie osoby przeżywają tę samą sytuację, jedna klnie: „Obudziłam się o trzeciej w nocy i nie zmrużyłam już oka”, druga: „Pan obudził mnie o trzeciej w nocy i zaprosił do modlitwy”. Znajdź szczegół, którym różnią się te obrazki…

    O taką właśnie zmianę optyki chodzi! Istotą doświadczenia działania Ducha nie jest to, że zmienia się coś wokół nas. To my zaczynamy wszystko inaczej postrzegać. Zmienia się percepcja. Tak jakby otwierały się dodatkowe zmysły, dodatkowe wyposażenie do przyjmowania Bożej rzeczywistości…

    „Kto z was spotkał żywego Jezusa?” – pyta Siostra. A gdybym ja zadał to pytanie, co Siostra by odpowiedziała?

    Odpowiedziałabym, że Go spotkałam. Z perspektywy czasu widzę, że Bóg przychodzi do mnie ciągle w nowy, zaskakujący dla mnie sposób. Tak że często powtarzam sobie słowa z piosenki Wspólnoty Miłości Ukrzyżowanej: „Teraz widzę, że jesteś Inny”. Ale gdy mówię świadectwo wiary, zazwyczaj odwołuję się do kilku sytuacji, w których Bóg mnie dotknął i mocno zmienił moje życie. Przed laty w nowicjacie postanowiłam sobie, że przez siedem miesięcy będę modliła się do Ducha Świętego hymnem „Veni Creator”, prosząc o kolejne Jego dary. Łatwo obliczyć, że przez miesiąc modliłam się o jeden dar. (śmiech) Skończyłam tę nowennę i zapomniałam o niej.

    Przyszedł namacalnie?

    Nie zauważyłam.

    I nie czuła się Siostra oszukana? Siedem miesięcy wołania do ściany.

    Nie! Bo ja się po tej modlitwie niczego nie spodziewałam…

    Piękny przykład dla czytelników „Gościa”. (śmiech)

    Naprawdę nie wiedziałam jeszcze wówczas, że modlitwa o Ducha to coś… ryzykownego. Modliłam się z pobożności. Dziś wiem, że do modlitwy do Ducha Świętego powinna być dodana instrukcja obsługi, a w niej ostrzeżenie: „skutki nieprzewidywalne!”. Ale wtedy skończyłam nowennę i kompletnie o niej zapomniałam. Po roku pojechałam do naszego domu rekolekcyjnego w Siedlcu. Pewnego dnia jak zwykle śpiewaliśmy jutrznię. Ja też śpiewałam. I w pewnym momencie zaczęłam śpiewać, ale nie te słowa, które widziałam w brewiarzu….

    I nie w tym samym języku?

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • ona
      16.05.2013 11:44
      Tak w moim życiu spotkałam żywego Jezusa.......super uczucie, które się chce zatrzymać, Zakochanie w Jezusie, Tęsknota, która cieszy.....został ślad.....jest ŚLAD i jest JEZUS....życzę każdemu takich przeżyć....Proście o TO , proście żeby JEZUS przyszedł do was, a przyjdzie, wyciągnij do Niego rękę, tak jak na ulicy machasz znajomemu, żeby cię zobaczył, pomachaj Jezusowi o przyjdzie.......JESTEM SZCZĘŚLIWA
    • gut
      19.05.2013 14:17

      ALE Piękne! :-) Amerykańska sentencja (USA): "Za dwadzieścia lat będziesz żałować wielu rzeczy, których nie zrobiłeś, bardziej niż tych, które zrobiłeś. Puść cumy. Wypłyń z bezpiecznego portu, chwytaj wiatr w rozwinięte żagle. Poszukuj. Śnij. Odkrywaj." (^_^)

    • gość
      17.06.2013 17:39
      Bóg przeszedł przez moje życie i do dziś czuję jego opiekę. Pierwszy raz jak moje dziecko złamało rękę, niby nic takiego, a jednak. Pierwsza diagnoza, złamanie jest bardzo poważne, syn prawdopodobnie zostanie kaleką, raczka będzie niewładna. Wysłano nas do szpitala wojewódzkiego. Druga diagnoza, raczka będzie niewładna nie będzie rosła, będzie usychała. Zabrano go na salę operacyjną. Na moje pytanie " ile to potrwa", dostałam odpowiedz, jak bedzie można coś zrobić to około dwóch godzin a ja nie to za pół godziny go przywiozą. Przywieżli za pół godziny.Ja przez te pół godziny prosiłam Boga " uratuj mu tę rączkę, a już nigdy o nic Cię nie poproszę". Po przywiezieniu syna na salę, przepłakałam całą noc,myśląc o tym jak ja mu powiem że już nigdy nie ruszy rączką. Następnego dnia lekarz prowadzący ściągnął do mojego dziecka wszystkich znanych mu specjalistów i wykonał wszystkie możliwe badania. Dziś po całym zajściu zostały tylko blizny i ogromna wdzięczność. Rączka jest sprawna w stu procentach. Pięć lat pózniej, mniej więcej w tym samym czasie mój mąz wracając od siostry rowerem przewraca się. W szpitalu okazuje się że ma pękniętą w kilku miejscach czaszkę, cały mózg ruszył się i odbił od płatów czołowych, jest mnóstwo małch krwiaków. Stan bardzo poważny. Następnego dnia, krwiaki dobrały, doszedł obrzęk, mąż traci kontakt z rzeczywistością. Jest bardzo zle.Zabrano go na OIOM, wprowadzono w śpiączkę. Obrzęk narasta, krwiaki dobierają. W mózgu jest sieczka, mówi lekarz. Jeżeli mąż przeżyje to zostanie bezwładną roślinką. Jadę zawiezć ministrantów na rekolekcje z znajomym księdzem. Mówię mu jaka jest u nas sytuacja a on mnie pyta czy mąż otrzymał namaszczenie. Zawsze kojarzyło mi się to ze śmiercią a nie życiem. Mówię że nie. O taki sakrament musi prosić ktoś z rodziny. Nie miałam odwagi, mimo że wytłumaczył jak dziecku, że to ma pomóc a nie zaszkodzić. Wystarczy że powiesz proszę. Ale przecież ja już nie miałam o nic prosić. Mimo wszystko poprosiłam, cichutko, ale poprosiłam. Podczas pierwszej wizyty u neurologa myślałam że lekarz z krzesła spadnie jak zobaczył komplet dokumentów szpitalnych. Co chwilę wykrzykiwał " to jest cud, dostał pan od Boga nieprawdopodobną szanse na drugie życie". Opinia innych lekarzy była taka sama. Na męża patrzono jak na "ufo". Tylko szkoda że mój mąż tego nie docenił,że dostał taki prezent. Podszedł do tego, jak by mu się to należało z przydziału. Nigdy tak naprawdę nie podziękował Bogu za jego łaskę. Ja mimo że dziś już nie jesteśmy razem, staram się pamiętać w chwilach słabości o tym że zostałam wysłuchana."...kto prosi temu...". Może ktoś nazwać to wszystko przypadkiem, a ja wiem z cała pewnością że to nie były przypadki.
    • Klosz-art
      28.10.2016 10:22
      Świetny wywiad. Spotkało się dwoje ludzi żyjących w tej cudownej rzeczywistości. Poproszono nas na seminarium odnowy wiary o przeczytanie tego tekstu. On tak wiele wyjaśnia, uzupełnia. Szczególnie tym, którzy już w tej rzeczywistości się zanurzyli. Uczą się tylko od nowa chodzić i mówić, bo to jest już inne życie. Rozumiem już dlaczego usłyszałem "...Pan Jezus jest blisko ciebie, ale wkrótce schowa się". TO było po to, abym w pełni swojej szczerości i uczciwości zawołał - przyjdź Duchu Święty, przyjdź Pocieszycielu. Jednak to wszystko nie poszło na marne, nie wydawało mi się. Najpierw doświadczyłem Boga, a teraz mam żyć z Duchem
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół