• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Obudzić sumienie

    Joanna
 Bątkiewicz-Brożek

    GN 44/2012 |

    dodane 31.10.2012 00:15

    Kiedy rodzice Kornelki z zespołem Edwardsa usłyszeli, jak wygląda aborcja eugeniczna, niemal uciekli ze szpitala. Mieli szczęście, bo i oni, i rodzice chorej Joasi trafili na aniołów z Hospicjum Perinatalnego. I mimo że zgodnie z ustawą mogli, nie zabili swoich dzieci.

    Dostanie pani lek na wywołanie porodu. Potem 3 dni panią poboli. Jak ból będzie już nie do wytrzymania, zgłosi się pani na porodówkę. Jak płód przeżyje, odłożymy na bok i poczekamy aż umrze. Jak to usłyszałam od lekarza, nogi mi się ugięły – mówi Izabela Czajka-Koczkodon. Była w 13. tygodniu trzeciej ciąży. Dziecko miało wadę letalną: zespół Edwardsa w ciężkiej postaci. W warszawskich szpitalach to nie był problem: aborcja. Bo ustawa pozwala.

    
– Byliśmy w szoku, zdezorientowani. Gdy piąta osoba z rzędu z tytułem profesora mówi: „płód jest chory”, to nie myśli się już o dziecku, ale o jakimś zarodku. I wszyscy twierdzą jedno – aborcja – mówi, nie kryjąc emocji, tata Kornelki.
– Nikt nie mówił „zabijecie dziecko”, ale „usuniecie chory płód” – dodaje pani Iza. Rodzice Kornelii mieli wyznaczoną datę zabiegu. Pod drzwiami gabinetu spotkali „przypadkiem” kogoś, kto skierował ich do Hospicjum Perinatalnego. 
– Ludzie marzą o aniołach, ja miałam szczęście, bo dzięki tamtym lekarzom urodziłam i trzymałam jednego w ramionach – mówi ze łzami w oczach mama Kornelki.

    Dziewczynka odeszła w ramionach rodziców po 46 dniach. W domu, w obecności dziadków i rodzeństwa.
– Jak państwo odstępujecie od aborcji, to ja się już wami nie zajmuję. Nie będziemy odbierać porodów chorych dzieci – usłyszeli w Szpitalu Bielańskim rodzice Joasi. U ich dziecka wykryto niespotykaną wadę genetyczną, translokację chromosomu 12. Paulina i Andrzej wybiegli ze szpitala przerażeni. 
– Aborcja nie wchodziła w grę – mówi Paulina Stankiewicz. – Chciałam tego dziecka i nie obchodziła mnie żadna ustawa. Baliśmy się tylko, bo przez chwilę zostaliśmy z tym sami. Na szczęście tylko przez chwilę.


    Zapach miłości 


    Córeczka Pauliny, Joasia, ma dziś roczek i 3 miesiące. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek powie „mama” i „tata”, bo ma rurkę tracheostomijną, jak nasz papież. Kiedy pochylamy się nad łóżeczkiem, jest trochę niespokojna. Obcy w domu, od razu wyczuwa. – Jak lekarzy i szpitale – śmieje się babcia dziewczynki. 
Joasia zaczyna płakać – wydobywa z siebie głuchy szloch, przez rurkę. Paulina przytula córeczkę i Joasia uspokaja się. Małymi rączkami głaszcze twarz mamy. – Mama jest, Asiu. No już dobrze. Kocham Cię – szepce Paulina, całując chorą dziewczynkę. – O tej porze zwykle śpi – zwraca się do nas i tuląc córeczkę, kładzie się z nią na dużym łóżku. Kładzie obok ulubione zabawki Joasi. I nową lalę, różową, z żółtymi warkoczykami od pani Joli Słodownik.

    Pielęgniarka z Hospicjum dla Dzieci jest tu dwa razy w tygodniu. – To jak członek rodziny – mówi babcia. – Wszystkiego nas nauczyła, dezynfekcji rurki, pielęgnacji, karmienia. 
Joasia ma zespół ciężkich wad genetycznych: brak 11. pary żeber, wadę serca i słuchu, zwężenie nozdrzy tylnych, ptozę, czyli opadanie powieki, i uszczerbek mózgu. Wszystko to kwalifikowało ją do aborcji. 
– Miała nie słyszeć, ale reaguje na nasze głosy. Miała nie widzieć, a proszę zobaczyć – mówi pani Jola. 
Dziewczynka jednym oczkiem spogląda na lalkę. Ale wybiera do zabawy bawełnianą pieluchę. 
– Nici ze spania, Asia? – pyta Paulina. Chwytając rączki Joasi, pomaga jej usiąść. Ale dziecku nie udaje się utrzymać prosto główki zbyt długo. Kiwa nią jak piłką do przodu i do tyłu. Kiedy Paulina podstawia swoje ramię, Joasia łapie równowagę. Na nasze przyjście mama wystroiła ją w różową sukieneczkę. Poprawia do zdjęcia blond loczki. Joasia dzieli pokój z rodzicami.

    Obok śpią dziadkowie. W mieszkaniu panuje mikroklimat – odpowiednie urządzenie filtruje i nawilża powietrze, żeby Joasia się nie krztusiła, żeby do rurki nie dostały się bakterie. 
– Jedyne, czego nie robię przy niej, to wymiana opatrunku. To zadanie męża. Za delikatna jest, trochę się boję – mówi Paulina. 
Ale była raz sytuacja, kiedy Joasia wyjęła sobie rurkę z krtani. – Wtedy nie ma czasu na myślenie – dodaje mama. – Nie wiem jak, ale włożyłam jej z powrotem. Potem dopiero zaczęłam się trząść. Poza tym jest dobrze. 
W kolorowym pokoiku jeszcze tylko poza aparatem do odsysania śliny z rurki tracheostomijnej (zresztą ukrytym) żadnych śladów choroby. Tu toczy się normalne życie. 
Rodzice chodzą z córeczką na rehabilitację, czasem na badania. Są świadomi i przygotowani na jej odejście. To zasługa WHD, ciepła i serca pani Joli. – Oswajamy rodziców ze świadomością, że dziecko odejdzie.

    Rozmawiamy o tym otwarcie – tłumaczy pani Jola. 
Nad łóżeczkiem Joasi wisi ikona Matki Bożej Częstochowskiej. Z datą urodzin Joasi. Paulina: – Teściowa przywiozła z pielgrzymki. Bardzo kocha Joasię, najbardziej ze wszystkich wnuków. Przed cudownym obrazem odmawiała długo Różaniec za Joasię. 
Paulinie szklą się oczy. Ale szybko się zbiera. – Aborcja nie wchodziła w ogóle w grę! – mówi nagle. – Nie mogłabym z tym żyć, istnieć bez Joasi. Ale nam proponowano. Byłam wtedy po 4. miesiącu ciąży. Jakby nie było innej drogi. Nawet usłyszałam, że nikt się Joasią nie zajmie. Baliśmy się. Ale byliśmy zdeterminowani, by pozwolić Asi żyć. 


    Zanim Joasia trafiła pod opiekę hospicjum dla dzieci, przez dwa tygodnie leżała w inkubatorze, wspomagana przez CPAP. Potem miesiąc na OIOM-ie, podłączona do respiratora. Paulina była przy niej cały czas. – Najgorsze było to, że nie mogłam jej przytulić. I to, że ciągle nam mówiono, że nie poradzimy sobie z dzieckiem w domu. Potem tracheostomię zrobili. I ktoś powiedział nam o hospicjum. Jakby Pan Bóg postawił na naszej drodze aniołów! – uśmiecha się Paulina.

    
Joasia zasypia. Oddycha spokojnie. My delektujemy się sernikiem z czekoladą – codziennie Paulina robi świeże ciasto. Ma 24 lata, licencjat z administracji. – Nie pracuję, dopóki jest Asia. Jestem z nią. 
W domu Joasi unosi się zapach miłości. Chora dziewczynka wyraźnie nim przesiąknęła. Kiedy wychodzimy, Paulina bierze ją na ręce i całując, mówi. – No, Asia, pożegnaj się z panią. Byłaś dzielna. 
Joasia wyciąga małą rączkę. Chwyta mocno za mój palec. I patrzy swoim jednym oczkiem. To nie mechaniczny gest. Jest w tym ładunek miłości, jaki dostaje codziennie od rodziców i dziadków. Zostanie w moim sercu.


    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama


    • lilka
      19.07.2013 18:32
      a ja blagalabym lekarzy zeby taka ciaze usuneli.Za nic na swiecie nie wychowywalabym takiego dzieciaka.To nie aniolek tylko koszmarna istota z wada genetyczna.
    • lilka
      19.07.2013 18:35
      a ja blagalabym lekarzy zeby taka ciaze usuneli.Za nic na swiecie nie wychowywalabym takiego dzieciaka.To nie aniolek tylko koszmarna istota z wada genetyczna.
    • przerażona
      13.06.2014 21:05
      Zostawimy i poczekamy aż umrze ? Osoby które potrafią zostawić swoje dziecko ( skoro jest na świecie, to chyba można go nazwać dzieckiem - nie wiem , bo lewactwo pewnie i na to ma argument ) nie zasługują na miano matki . To są potwory
    • nieznajoma
      14.06.2014 14:20
      jak czytam komentarze typu "...to nie są anioły..." to się człowiekowi niedobrze robi. ciekawi mnie tylko co ci ktorzy pisza takie komentarze by zrobili bedac w takiej sytuacji usuneli by swoje upragnione dziecko (chociaz dla niektorych to tylko płód,zarodek) sama mam chore dziecko i gdybym wiedziała podczas ciazy ze jest cos nie tak to i tak bym nie usunela. kazdy czlowiek ma prawo do zycia i czy one bedzie uslane rozami czy samymi kolcami, czy traw 100lat czy 1 dzien.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół