Ustawa o nasiennictwie, którą zawetował prezydent, była prawnym bublem. Próbowała zezwolić na uprawy modyfikowane genetycznie, a równocześnie ich zabronić. Nie da się pogodzić jednego z drugim.
PAP/Grzegorz Jakubowski
GMO wzbudza ogromne emocje. Co pewien czas odżywają dyskusje na ten temat
GMO, czyli żywność modyfikowana genetycznie, jest na naszych stołach. Z szacunków wynika, że nawet 70 proc. żywności jest w jakimś stopniu produkowanych z udziałem GMO. Jeżeli tego zakazać, pierwsze zbankrutują fermy drobiu, na których powszechną praktyką jest stosowanie pasz ze zmodyfikowanej soi. Te naturalne są droższe. Które kurczaki będą w supermarketach kupowane? Droższe z Polski czy np. tańsze z Czech albo Słowacji?
Komuś się pomieszało
Dyskusja nad masową uprawą roślin GMO, jaka odbyła się, zanim prezydent Komorowski zawetował naprędce przygotowaną przez Sejm ustawę, raz jeszcze pokazała, że nie da się prowadzić konstruktywnej debaty bez zdefiniowania zakresu sporu, bez ścisłego określenia pojęć. Nawet po wecie nie było lepiej. Przeciwnicy ustawy cieszyli się, że przekonali prezydenta do tego, że GMO szkodzi, a politycy opozycji dziękowali za postawienie tamy GMO. Zacznijmy od opozycji. Żadnej tamy nie ma. Bez zawetowanej właśnie ustawy nie ma żadnych przepisów regulujących rynek GMO w Polsce. A to bardzo źle. Nie ma nawet instytucji, która analizowałaby, ile GMO na naszym rynku się znajduje i skąd do nas przychodzi. Bo to, że jemy zmodyfikowaną żywność, jest pewne. Jemy też mięso zwierząt, które spożywały paszę ze zmodyfikowanych roślin. Zawetowanie ustawy przedłuża raczej okres, w którym na rynku panuje – jeżeli chodzi o GMO – swoboda. Wracając do przeciwników ustawy. Prezydent ją zawetował, bo, jego zdaniem, była prawnym bublem, a nie dlatego, że GMO szkodzi. Co więcej, po zawetowaniu sam stwierdził, że nie wierzy w jakąkolwiek szkodliwość modyfikacji. Co to znaczy zmodyfikowana roślina?
Rośliny i zwierzęta cały czas się modyfikują. Geny się wymieniają i dzięki temu świat roślin i zwierząt ewoluuje. Zanim człowiek zrozumiał ten proces, nauczył się go wykorzystywać. Do rozrodu wybierał zwierzęta o konkretnych cechach (tych, na których mu zależało). Krzyżował też ze sobą wyróżniające się rośliny. Nie znajdziemy na półkach w sklepie spożywczym niczego, co nie przeszłoby takiej drogi. Proces „wzmacniania” pożądanych cech jest jednak długotrwały. Gdy tylko proces dziedziczenia został zrozumiany, a technologia na to pozwalała, ludzie zaczęli modyfikować organizmy żywe, nie na polach doświadczalnych, tylko w laboratoriach. Dzisiaj dzięki genetyce potrafimy manipulować pojedynczymi genami. Jeżeli roślina A jest odporna na suszę, a roślina B źle ją znosi, genetycy potrafią wyizolować z A gen odpowiedzialny za odporność na suszę i „umieścić” go w organizmie B. No właśnie, tylko czy genetycy potrafią to robić?
Lata prób
Sprawa jest bardzo skomplikowana, bo zwykła cebula ma ponad 200 tys. genów (kilka razy więcej niż człowiek), a pszenica ma ich do 40 tys. Każdy może zawierać informacje o kilku cechach, ale może być też odwrotnie, jedna cecha może być „w kawałkach” zapisana w kilku, a nawet w kilkunastu genach. Zanim do jakiejkolwiek manipulacji dojdzie, naukowcy muszą mieć bardzo dokładną mapę genomu danego gatunku. Takie mapy istnieją (choć nie dla wszystkich gatunków na ziemi), ale jesteśmy dalecy od zrozumienia wszystkich genetycznych niuansów. Naukowcy wiedzą, gdzie mniej więcej w materiale genetycznym zapisana jest np. wspomniana wyżej odporność na suszę. „Umieszczając” kawałek materiału genetycznego w roślinie, którą chcą uodpornić na działanie niekorzystnych warunków klimatycznych, nie są do końca pewni, jaki będzie efekt tego eksperymentu. Jeżeli przeniesiony materiał genetyczny zostanie wbudowany w złe miejsce, nowa roślina albo nie wyrośnie, albo będzie uszkodzona. Gdy odporność na suszę zostanie dobrze zlokalizowana i bez błędu przeniesiona, nowo powstała roślina do życia będzie potrzebowała mniej wody. W Australii wyhodowano kukurydzę, która potrzebuje do rozwoju 25 proc. mniej wody niż „zwykła”. Zanim jednak zmodyfikowaną roślinę będzie można wysiać na polu, przez lata jest badana. W ten sposób naukowcy sprawdzają, czy przy okazji przenoszenia cech odporności na suszę nie przenieśli jeszcze czegoś nie do końca pożądanego. W kolejnych pokoleniach sprawdza się, czy manipulacje nie stały się źródłem cech niespodziewanych, aż w końcu testuje się, czy spożywanie tak zmodyfikowanej rośliny nie będzie dla zwierząt czy ludzi źródłem chorób.
Problem poza genetyką
W podobny sposób modyfikuje się rośliny, zwierzęta czy bakterie. Podobnie się je testuje. Z tych testów wyłania się obraz technologii bezpiecznej. Dotychczas nie stwierdzono, by spożywanie GMO miało jakiekolwiek negatywne skutki. Badania na ten temat prowadzi się w wielu ośrodkach. Od czasu do czasu media obiegają informacje o negatywnych skutkach spożycia GMO przez niektóre zwierzęta laboratoryjne, ale tak samo szybko jak tego typu informacje się pojawiają, okazuje się, że np. badania robiono na bardzo małej grupie zwierząt, albo w czasie trwania testów popełniano błędy. W literaturze naukowej, tej, która dopuszcza do druku tylko prace przechodzące przez sito recenzentów, nie ma dowodów na szkodliwość GMO. To jednak wcale nie kończy sporu, bo hodowla modyfikowanych roślin czy zwierząt jest problemem wykraczającym daleko poza genetykę. Nawet przeciwnicy GMO w czasie narady u prezydenta Komorowskiego nie przekonywali o szkodliwości modyfikacji, przeciwnie, uczciwie mówili, że nie ma na to dowodów. Podkreślali raczej argumenty, które z samym GMO mają niewiele wspólnego. Często dyskutuje się nad tym, czy ogromne, idące w setki czy nawet tysiące hektarów obszary, obsiane np. zmodyfikowaną pszenicą czy kukurydzą, nie zaburzają lokalnego ekosystemu. Oczywiście, że zaburzają. Wyjaławiają glebę (rośliny tego samego gatunku potrzebują tych samych składników), pobierają wodę z tych samych warstw (bo wszyscy jej użytkownicy mają korzenie o takiej samej strukturze) i w efekcie powodują obniżkę plonów i śmierć zwierząt nieznajdujących odpowiedniego pożywienia. Tyle tylko, że ten problem nie ma nic wspólnego z genetyką. Na lokalne środowisko tak samo źle wpływają ogromne obszary obsadzone kukurydzą GMO jak i kukurydzą niezmodyfikowaną.
Lepsza chemia?
Kolejnym często podnoszonym argumentem jest to, że rolnicy decydujący się na uprawę GMO podpisują na siebie swego rodzaju cyrograf. Właściciele patentów na zmodyfikowane gatunki roślin uzależniają rolnika od swoich produktów. Rolnik nie może ziarna sprzedać gdziekolwiek (a więc jest skazany na cenę, jaką zapłaci właściciel patentu), nie może go nawet powtórnie wysiać. Partię ziarna siewnego znowu musi kupić od producenta. Takie monopolistyczne praktyki wynikają z faktu, że właściciele patentów, np. na odporną na szkodniki pszenicę, zanim odpowiedni szczep wprowadzili na rynek, musieli zainwestować w jej powstanie bardzo duże kwoty pieniędzy. Teraz chcą, by ta inwestycja im się zwróciła. W niektórych miejscach na świecie (np. w Indiach) z powodu tych praktyk dochodziło do ostrych konfliktów społecznych. Jednak tak jak poprzednio, nie jest to problem natury genetycznej, ale finansowo--prawnej.
Być może warto wprowadzić prawne obostrzenia, by do takich praktyk nie dochodziło. Żywność modyfikowana genetycznie to zarówno wyzwanie naukowe, jak i prawno-biznesowe. Polska oczywiście może być krajem wolnym od GMO, ale trzeba mieć świadomość wszystkich tego konsekwencji. I tych pozytywnych, i negatywnych. GMO wprowadza się na rynek z wielu powodów. Argument walki z głodem jest jednym z najczęściej podnoszonych, choć nie do końca trafionych. Faktem jest, że żywność GMO jest tańsza (bo daje więcej plonów), ale by powstrzymać głód np. w Afryce, nie trzeba GMO, tylko lepszej dystrybucji żywności. GMO może być jednak odporne na wahania pogody (np. susze), nie wymaga też stosowania środków chemicznych do walki ze szkodnikami. Mówienie, że żywność niemodyfikowana jest „czysta” i „ekologiczna”, jest w tym kontekście nieporozumieniem.