CETA, czyli z igły widły

Bartosz Bartczak Bartosz Bartczak

CETA, czyli umowa o wolnym handlu z Kanadą, budzi wiele kontrowersji. Wiele z nich jest uzasadnionych, jednak alarmistyczny ton przeciwników umowy nie jest uzasadniony.

Parlament Europejski zdecydował o ratyfikacji Kompleksowej Umowy Gospodarczo-Handlowej, w skrócie CETA. Jest to umowa o wolnym handlu pomiędzy Unią Europejską a Kanadą. Teraz muszą ją jeszcze ratyfikować parlamenty krajów członkowskich UE, ale znaczna część jej postanowień już będzie wchodzić w życie. Tu pojawia się pierwsza wątpliwość: dlaczego umowa będzie częściowo realizowana bez zgody wszystkich państw członkowskich? Wynika to jednak z faktu, że państwa UE zdecydowały się przenieść większość swoich kompetencji na poziom wspólnotowy. Kwestia ratyfikacji przez kraje członkowskie została wpisana do umowy ze względu na obawy z nią związane. Ale Unia podpisała już szereg takich umów. Po prostu zgodziliśmy się oddać ten obszar Brukseli, i to unijni urzędnicy negocjują i wprowadzają w życie tego typu umowy.

Kolejną wątpliwość budzi sama idea wolnego handlu pomiędzy UE a Kanadą. Według przeciwników, CETA służy wielkim korporacjom i doprowadzi do wzrostu bezrobocia w Europie. Za przykład podaje się efekty funkcjonowania NAFTA, czyli umowy o wolnym handlu pomiędzy USA, Kanadą a Meksykiem. Jednak wymiana handlowa pomiędzy Kanadą a Europą jest niewielka w porównaniu z handlem wewnątrz UE. Umowa z Kanadą nie powinna więc znacząco wpłynąć na gospodarkę Europy. Krytykując CETA, pamiętajmy, że podobny charakter ma właśnie Unia Europejska. Przecież też jest obszarem wolnego handlu, w ramach którego gospodarki krajów są objęte szeregiem regulacji. A na te regulacje wielkie korporacje mają przecież niemały wpływ.

Jeśli już mowa o wielkich korporacjach, to duże obawy budzi System Sądu Inwestycyjnego. W założeniu ma on rozwiązywać spory pomiędzy państwem a inwestorem. Jego przeciwnicy twierdzą, że mechanizm ten ma służyć wielkim korporacjom w walce z niekorzystnymi dla nich regulacjami państwowymi. Tylko że podobne mechanizmy arbitrażowe Polskę obowiązują już od dawna. A rozwiązanie wprowadzane przez CETA może je uczynić… bardziej transparentnymi. Komu będzie służył mechanizm, przekonamy się dopiero w praniu. Pamiętać trzeba jednak o dwóch rzeczach. Po pierwsze, w sporze z inwestorem to nie zawsze państwo musi być tym dobrym (nagłe zmiany prawa w czasie realizacji inwestycji są przecież próbą zmiany umówionych zasad gry). Po drugie, mechanizm arbitrażowy, nawet ułomny, jest lepszy od ustalania prawa przez korporacyjnych lobbystów w zaciszach ministerialnych gabinetów.

Kolejną obawą dotyczącą umowy CETA jest różnica w działaniu firm europejskich i kanadyjskich. Obawy dotyczą w znacznym stopniu rolnictwa. Zasady dotyczące chociażby GMO są w Europie dużo bardziej restrykcyjne niż w Kanadzie. Wielu komentatorów obawia się, że zaleje nas niezdrowa żywność zza Atlantyku. Pamiętać jednak trzeba, że CETA wcale nie znosi unijnych regulacji dotyczących żywności. Nie zmienia to oczywiście problemu związanego z dużo bardziej przemysłowym charakterem kanadyjskiego rolnictwa. Produkty kanadyjskie mogą, ale wcale nie muszą, wyprzeć produktów polskich. Po wejściu do UE polskie rolnictwo poradziło sobie całkiem dobrze. A wspólna polityka rolna też jest czynnikiem wspierającym unijnego rolnika.

Różnice pomiędzy Kanadą a Europą dotyczą też standardów ochrony praw pracowniczych. Firmy z obu stron Atlantyku mają dostać prawo do udziału w rynku usługowym partnerów. Oczywiście część obszarów związanych z usługami publicznymi jest z niego wyłączonych. Ale przeciwnicy CETA obawiają się, że konkurencja ze strony firm kanadyjskich spowoduje, że państwa UE zmniejszą poziom ochrony pracowników. Nie jest to oczywiście wcale pewne, ale nawet gdyby się to stało, nie oznacza to koniecznie zmiany na gorsze. W końcu czy prawo ma chronić przede wszystkim pracownika? Konkurencja, oczywiście uczciwa, jest korzystna przede wszystkim dla konsumenta, czyli dla każdego z nas. Od tego, czy tańsze usługi okażą się dla ludzi ważniejsze od standardów pracowniczych, będą w dużym stopniu zależały regulacje w tej kwestii.

CETA budzi jeszcze szereg wątpliwości, m.in. w kwestii rynków finansowych czy ochrony środowiska. Sprowadzają się one często do kwestii różnicy między bardziej restrykcyjnymi regulacjami UE a bardziej liberalnymi kanadyjskimi. Tylko czy regulacje unijne są zawsze lepsze od kanadyjskich? Co więcej, Kanada jest chyba jednak za małą gospodarką, aby naprawdę mocno wpłynąć na ustawodawstwo europejskie. A jeśli wpłynie w jakiś sposób, to czy nie oznaczać to będzie, że to kanadyjskie regulacje były po prostu lepsze? A wątpliwości wynikające z natury wolnego handlu, globalizacji i roli wielkich korporacji dotyczą w równym stopniu CETA co Unii Europejskiej. Trudno więc pozostawać jednocześnie przeciwnikiem CETA i zaangażowanym euroentuzjastą.