Nowy numer 16/2018 Archiwum

Tragedia euro

Irlandia, Portugalia, Grecja… wstrząsy gospodarcze nawiedzają kolejne państwa strefy euro. Niemiecki ekonomista Philipp Bagus wskazuje na winnego. Ma być nim wspólna waluta.

To, że euro jest przede wszystkim projektem politycznym, a nie ekonomicznym, jest jasne jak słońce. Unijni politycy w każdej możliwej chwili zwracają uwagę na to, że wspólna waluta służy budowaniu europejskiej wspólnoty. Także teraz, gdy dygnitarze Eurolandu zastanawiają się, jak wesprzeć Grecję w przededniu bankructwa, równie często jak argumenty ekonomiczne padają stwierdzenia dotyczące „ratowania jedności Europy”.

Integracja europejska, przeprowadzana na wszystkich płaszczyznach i na siłę, jest brzemienna w skutki. Widać to świetnie na przykładzie właśnie strefy euro. W wydanej całkiem niedawno przez polski Instytut Ludwiga von Misesa książce „Tragedia euro” niemieckiego ekonomisty Philippa Bagusa autor przedstawia, dlaczego. W systemie banku centralnego możliwe jest współfinansowanie większych wydatków budżetowych przez bank centralny właśnie – poprzez skupowanie rządowych obligacji, lub akceptowanie ich jako zabezpieczenia pożyczek. korzystać mogą z tego wszystkie państwa w strefie euro, przerzucając odpowiedzialność na inne kraje. Jako że skutki zwiększonej podaży pieniądza (w postaci np. inflacji) ponoszą w pierwszej kolejności ci, którzy mają dostęp do tego pieniądza później (gdy inflacja stanie się widoczna), system ten powoduje, że w krótkim terminie opłaca się mieć większe zadłużenie, ponieważ skutki tym wywołane dotkną wszystkich użytkowników euro. W tym czasie taka Grecja może korzystać z dodrukowanego pieniądza.

Oczywiście i ten dług wróci do państwa czkawką, co widać na przykładzie rzeczonej Grecji. Ale i w tym wypadku Grecy nie mają się czego obawiać, bo inne państwa strefy jej pomogą – i pomagają. Nie tylko z obawy przed upadkiem partnera gospodarczego i „własnych” banków, ale także ze względu na strach przed blamażem idei euro. Tu znów wkracza polityka.

To ona także powoduje, że całkiem rozsądne założenia Paktu Stabilizacji i Wzrostu, nakładające na państwa strefy euro sankcje, jeśli relacja długu publicznego do PKB przekroczy 60 proc., a deficyt budżetowy ponad 3 proc. PKB, są tylko na papierze. Mimo, że wiele państw zasłużyło na kary, żadnemu nigdy ich nie wymierzono. A fakt, że przykładowo Grecja nie spełniała żadnych z kryteriów konwergencji, gdy przyjmowała euro (czytaj: według standardów unijnych kompletnie się do tego nie nadawała), pozostawię bez komentarza.

Doktryna integracji za wszelką cenę będzie utrudniać naprawę systemu wspólnej waluty, a jej mankamenty będą nadal doskwierać państwom strefy euro. Dlatego też Polska powinna poważnie zastanowić się nad tym, czy opłaca się jej w ogóle starać o przyjęcie do eurolandu. Na zimno kalkulując, pozostawiając ideologię ideologom.

« 1 »

Zobacz także

  • opinia
    23.07.2011 14:57
    Z euro jest podobnie jak z chrześcijaństwem. Jedni uważają, że wystarczy jedno wyznanie katolickie, inni są zwolennikami wielu nurtów... Kto ma rację?
    doceń 2
  • businesman
    24.07.2011 13:13
    Uwazam ze nie ma zadnej roznicy miedzy Euro a wlasna waluta. Euro i zlotowka jest tylko kawalkiem papieru do ktorego dokladamy polityke i ograniczenia ekonomiczne. Codzien musze dokonywac przelewow w walutach innych krajow i widze jak banki zdzieraja za wymiane: kursy kupna i sprzedazy. Wole Euro. Oszustwo w postaci falszowania statystyk zapozyczenia sie w stosunku do GNP tez nie maja nic wspolnego z waluta. Kraj (rezim) moze rownie dobrze oszukiwac spoleczenstwo co do deficytu w budzecie i handlu bez wzgledu na walute. Grecja otrzymala kolejna szanse bo nowe pozyczki sa oprocentowane 3.5%. Polskie obligacje przekraczaja 6.2% a odsetki od dlugu juz przekraczaja caly dochod z opodatkowania pensji w kraju.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama