Nowy numer 20/2018 Archiwum

Nie wszystko wiosna

Frustracja wyprowadziła Arabów na ulice. Trudno jednak wszystkie protesty nazwać rewolucją. Rebelianci sami nie mają pomysłów i narzędzi na lepsze urządzenie swoich krajów.

Kolejna wiosna ludów, czwarta fala demokra­tyzacji, prze­budzenie Arabów – to najczęściej używane określenia tego, co od kilku miesięcy dzieje się w części świata arabskiego. Tymczasem o prawdziwej rewolucji można mówić w przypadku dwóch, góra trzech państw. W pozostałych krajach objętych protestami sytuacja była i jest bardziej skomplikowana. Czy mimo różnic istnieje jakiś wspólny mianownik arabskiego niepokoju w Tunezji, Egipcie, Libii, Bahrajnie, Jemenie i Syrii? Przewodnikiem po arabskiej wiośnie (przedwiośniu?) będzie Stanisław Guliński, arabista i turkolog, ekspert ds. Bliskiego Wschodu.

Jaśminowa Tunezja

Tutaj wszystko się zaczęło. Nikt nie podejrzewał, że samospalenie się bezrobotnego mężczyzny 17 grudnia ubiegłego roku zapoczątkuje rewolucję, która doprowadzi do obalenia rządzącego od 1987 roku prezydenta Zina Al-Abidina Ben Alego. Przepaść między mieszkańcami wybrzeża a resztą kraju pogłębiała się od wielu lat. Wybrzeże utrzymywało się głównie dzięki turystyce, zaś na prowincji bezrobocie sięgało nawet 70 proc.! A poza tym standardowe elementy dyktatury: nepotyzm, korupcja, dławienie opozycji. Iskrą okazały się też przecieki z WikiLeaks. Ujawnione depesze dyplomatów amerykańskich surowo oceniały sytuację gospodarczą i polityczną kraju, oskarżając władze o łamanie podstawowych swobód obywatelskich. Pierwsze marsze („skrzyknięte” na Facebooku) po samospaleniu się Mohameda Bouaziziego, choć miały charakter pokojowy, spotkały się z ostrą reakcją służb bezpieczeństwa. 

« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł