• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Czemu słuchacze płaczą

    rozmowa ze Zbigniewem Książkiem

    |

    GN 50/2006

    dodane 06.12.2006 13:56

    O "Tryptyku świętokrzyskim", rozentuzjazmowanych fankach i jedenastym przykazaniu ze Zbigniewem Książkiem rozmawiają Marcin Jakimowicz i Szymon Babuchowski

    Marcin Jakimowicz, Szymon Babuchowski: Czy kiedy pisał Pan pierwsze słowa „Tryptyku świętokrzyskiego”, spodziewał się Pan, że może on osiągnąć aż taką popularność?
    Zbigniew Książek: – Oczywiście, że nie. „Golgotę świętokrzyską” pisaliśmy z przekonaniem, że będzie to jednorazowe wykonanie w katedrze kieleckiej. Myśleliśmy, że się naharujemy, dopłacimy do tego dużo pieniędzy. Początkowo wszystko szło jak po grudzie…

    Długo Pan pisał?
    – „Golgotę” pisałem jakieś pięć miesięcy, „Tu es Petrus” – sześć, „Psałterz wrześniowy” – siedem. Coraz dłużej, bo głębiej zacząłem wchodzić w teologię, w interpretację Starego i Nowego Testamentu, a tu już nie można sobie pójść w dowolnym kierunku.

    Nie boi się Pan szufladki, etykietki „poety religijnego”?
    – Nie boję się, nawet byłoby mi bardzo przyjemnie, gdyby zechciano tak mnie nazwać. Natomiast, niestety, we mnie tych natur jest więcej i teksty, które stworzyłem np. dla Brathanków, są zupełnie inne. W końcu jestem zawodowym twórcą – pisałem dla Zauchy, Wodeckiego, Turnaua i wielu innych wykonawców.

    Musiał Pan sięgać do książek, żeby pisać o Świętym Krzyżu, czy miał Pan emocjonalny stosunek do tego miejsca?
    – Oczywiście, że musiałem sięgnąć do książek, bo nie miałem iluminacji jak prawdziwi święci (śmiech). Ale miałem też do tego miejsca stosunek bardzo pozytywny, ponieważ jako młodzieniec, w szkole podstawowej, jeździłem na Dymarki Świętokrzyskie. To był czas poznawania dziewczyn – najwspanialszy okres w życiu człowieka. Oglądaliśmy to sanktuarium, ale szczerze mówiąc, nie bardzo mnie to wtedy poruszyło. I teraz, kiedy poczytałem trochę na ten temat, pojechałem tam znowu z prezydentem Kielc. Mówię, że chciałbym napisać o tym oratorium. Ojcowie trochę się dziwili: o czym tu pisać? (śmiech).

    Kiedy szukałem pomysłu, przypomniały mi się te czasy młodzieńcze i wesele wiejskie, które wówczas widziałem. To był już etap wyrywania sztachet z płotu… I z drugiej strony przypomniała mi się Kana Galilejska – chyba najdziwniejsza rzecz z tego, co czytałem o Jezusie Chrystusie: że po raz pierwszy zmienił prawa natury, żeby się ludzie cieszyli. Zrodziło się we mnie pytanie: co po dwóch tysiącach lat zmieniło się w nas? Okazuje się, że niewiele. Takie same są emocje w ludziach – bywają źli i bywa w nich dobro. I o tym było pierwsze oratorium.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół