• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Za rok będzie lepiej

    Edward Kabiesz

    |

    GN 22/2010

    dodane 07.06.2010 14:31

    Tym razem nie było filmów na miarę zeszłorocznych debiutów. Poziom festiwalowych produkcji, z małymi wyjątkami, był wyrównany.

    Ale było też kilka spektakularnych wpadek, np. film Ewy Stankiewicz „Nie opuszczaj mnie”, z którego dystrybucji zrezygnowała firma Gutek Film. Według producentów, decyzja ta ma wymiar polityczny, bo film jest dziełem autorki głośnego dokumentu „Solidarni 2010”. Niezależnie od motywów decyzji z filmem Ewy Stankiewicz kłopot miałby każdy dystrybutor. „Nie opuszczaj mnie” to wielkie rozczarowanie, bo początek filmu i niektóre sceny są niezwykle sugestywne, mocno działają na emocje widza, a sam film podejmuje tematy trudne. Niewielu reżyserów ma odwagę zmierzyć się w tak osobisty sposób z problematyką wiary, odchodzenia najbliższych i śmierci. Stankiewicz ten temat podjęła, ale nie można całego filmu budować wyłącznie na emocjach. W pewnym momencie zabrakło artystycznej dyscypliny, a widz odnosi wrażenie, że film nie może się skończyć, bo twórca za bardzo się do niego przywiązał. „Nie opuszczaj mnie” jest porażką, ale porażką ambitną, ze znakomitą kreacją Agnieszki Grochowskiej, która zresztą otrzymała nagrodę za drugoplanową rolę kobiecą, tyle że w innym, również niezbyt udanym filmie – „Trzy minuty. 21:37” Macieja Ślesickiego.

    Rozrachunki z PRL-em
    Kilka prezentowanych na festiwalu filmów sięgało do naszej historii. Jednym z nich była „Różyczka” Jana Kidawy-Błońskiego, uznana przez jury za najlepszy film tegorocznego festiwalu i nagrodzona Złotymi Lwami. Film nawiązuje do faktów z życia pisarza i publicysty Pawła Jasienicy, którego o wiele lat młodsza żona okazała się tajną współpracowniczką SB. Pisała donosy, będąc nawet jego żoną, a prawda wyszła na jaw dopiero po latach. Film, wyświetlany już na naszych ekranach, nie jest wierną rekonstrukcją wydarzeń. Reżyser zmienił nazwiska (pisarz nazywa się w filmie Adam Warczewski), charakterystyki niektórych postaci, przebieg wydarzeń, szczególnie w zakończeniu. Kidawa-Błoński zrealizował, właściwie osadzoną w znakomicie odtworzonych realiach końca lat 60., opowieść z mocnymi akcentami melodramatycznymi, będącą także próbą analizy totalitarnego systemu, który niszczy wszystkich, nie tylko wrogów. To chyba najbardziej udany film w dorobku reżysera. Rozczarowała natomiast „Mała matura 1947” weterana polskiego kina Janusza Majewskiego. Co prawda jury przyznało filmowi Nagrodę Specjalną, ale prawdopodobnie ze względu na dawne zasługi reżysera. Opowieść o czternastoletnim chłopcu, który wraz z rodzicami w 1945 roku przyjeżdża ze Lwowa do Krakowa, gdzie zaczyna naukę w gimnazjum, nawiązuje przyjaźnie i dojrzewa do dorosłości, została rzucono na, niestety, dosyć sztampowo i ascetycznie zarysowane tło historyczne. Film pozostawia widza obojętnym, nie budzi emocji. Zagrało w nim, wcielając się w role pedagogów, kilka gwiazd. Dają onepopis aktorskiej wirtuozerii, tyle że rodem z bulwarowej komedii.

    Wojna raz jeszcze
    Dużo lepiej poradził sobie Jan Jakub Kolski, który na podstawie „Sezonu w Wenecji” Włodzimierza Odojewskiego napisał scenariusz nagrodzonej słusznie za zdjęcia Arthura Reinharta „Wenecji”. Największym marzeniem Marka, bohatera filmu, jest wyjazd do Wenecji w czasie wakacji. Ale zbliża się wojna i zamiast do Wenecji, o której wie wszystko, Marek wyjeżdża wraz matką do zrujnowanego pałacu babki.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół