• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Książki, które zmieniają

    Tomasz P. Terlikowski, filozof, publicysta

    |

    GN 02/2010

    dodane 14.01.2010 15:22

    Demokracja bez wartości może przemienić się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm – przestrzegał przed laty Jan Paweł II. A wchodzące na polski rynek powieści kanadyjskiego pisarza Michaela D. O’Briena są niezwykle wciągającym literackim rozwinięciem papieskiej myśli.

    Książki O’Briena to – jeśli nieopatrznie zacznie się je czytać wieczorem – gwarancja zarwanej nocy. „Ojciec Eliasz”, „Dom Sophii” czy „Dziennik zarazy” wciągają, a dynamiczne zwroty akcji nie pozwalają oderwać się od kolejnych rozdziałów i spokojnie odłożyć książki na półkę, bohaterowie zaś są tak sympatyczni, że czytelnik mocno się z nimi utożsamia. A jeśli do tego dodamy jeszcze głębokie przemyślenia teologiczne, historyczne i cywilizacyjne, których kanadyjski pisarz nie szczędzi swoim czytelnikom, to będziemy mieć obraz całości, nad którą zwyczajnie nie da się przejść obojętnie.

    Nowy totalitaryzm
    Ten krótki opis, kładący nacisk na literackie zalety O’Briena, nie powinien jednak przesłaniać fundamentalnej prawdy o jego pisaniu. Mimo popularnej formy, jego celem nie jest rozrywka, zadowolenie gustów masowych czytelników, ale… ostrzeżenie przed kierunkiem, w jakim zmierza nasza cywilizacja. Świetnie widać to w „Dzienniku zarazy”, którego bohaterem jest kanadyjski dziennikarz Nathaniel Delaney, walczący z eutanazją, aborcją i politycznie poprawnym wychowaniem seksualnym w szkołach. Dostrzega on w nich nowy totalitaryzm, który nieodwracalnie niszczy demokrację. Jego gazeta i on sam zaczynają być prześladowani, prenumeratorzy wycofują się z kupowania pisma, do boju wkraczają również sądy, które skazują go za mowę nienawiści (czyli określanie aborcji i eutanazji morderstwem). I wreszcie przychodzi najgorsze – władze postanawiają odebrać mężczyźnie dzieci (oskarżając go o molestowanie seksualne córki i zamordowanie przyjaciela), a później aresztować i poddać go reedukacji.

    Ten krótki (nie chciałbym zdradzać istoty akcji) opis doskonale pokazuje, że wizja O’Briena wcale nie jest bardzo odległa od rzeczywistości. Nawet w Polsce za mówienie prawdy o aborcji czy homoseksualizmie można mieć problemy. Procesy „Gościa Niedzielnego”, „Rzeczpospolitej”, Joanny Najfeld czy polityków Prawicy Rzeczpospolitej są tego najlepszym dowodem. A w zachodniej Europie jest jeszcze gorzej. W Holandii katolicki dziennikarz trafił na trzymiesięczną terapię leczącą z homofobii, po tym, jak zacytował na antenie radia fragment Katechizmu Kościoła Katolickiego odnoszący się do homoseksualizmu. W Hiszpanii sędzia został wyrzucony z zawodu, bo poprosił biegłych o opinię na temat możliwości wychowywania dziecka przez parę jednopłciową. A w Wielkiej Brytanii małżeństwo zostało pozbawione prawa do przysposobienia dziecka, bo przyznało się do tego, że uznaje akty homoseksualne za grzech.

    Czekając, aż przyjdzie
    Na ten cywilizacyjny opis totalizacji (zwanej przez Jonaha Goldberga „liberalnym faszyzmem”) życia społecznego nakłada się u O’Briena wymiar religijny. I to on pozostaje szczególnie ważny. „Dziennik zarazy” jest bowiem nie tylko raportem ze stanu walki między wolnością a zniewoleniem, chrześcijaństwem a nową postępową religią nihilizmu, ale również opisem nawrócenia bohatera. Z gniewnego dziennikarza, który chce walczyć, ale nie ma czasu dla rodziny, przemienia się w głęboko wierzącego chrześcijanina, którego do Boga prowadzą (co swoją drogą jest niezwykle trafną obserwacją kulturową) wietnamscy katolicy i ksiądz z Europy Środkowej.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»

    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół