Nowy Numer 8/2018 Archiwum

Modlitwa 30-latków

„Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie, Dwie tylko: poezja i dobroć ... i więcej nic...” C. K. Norwid

Październik przynosi ukojenie. To, co dzieje się w kościołach, w przyrodzie, w nas, jest apelem o zwolnienie tempa, prośbą o zdjęcie nogi z gazu. I myślę, że jest to prośba z bardzo wysoka. Październik w naturalny sposób przypomina o naszym schronieniu: o modlitwie i o jej sensie, o jej pierwszeństwie w życiu, o jej cudzie. Dwa wiersze o modlitwie dzieli jakieś siedemdziesiąt pięć lat (~1930–~2005). Widać w konstrukcji myśli i kształcie frazy, jak zmienił się w tym czasie nasz świat, a w nim religijny i poetycki język. Choć oba wiersze są pisane przez trzydziestolatków (mniej więcej), czyli w tej samej fazie początku męskiej dorosłości, choć w obu przypadkach modlitwa jest orężem do walki o Wszystko-co-w-życiu-najważniejsze, to jednak różni je sporo.

Skamandrycka elegancja Lieberta, obecna w obrazowaniu trzech czterowersowych strof (młodopolskich jeszcze jakby), odtwarzająca klimat przedwojennych podwarszawskich Lasek – z jednej strony; prostota i siła obecna w „różańcowym” rytmie trzech ośmiowersowych strof Babuchowskiego, atmosfera porwanej codzienności ponowoczesnego początku tysiąclecia, w tle obecna pielgrzym-ka do Medjugorie – z drugiej strony. Księżyc, gwiazdy, błękit, ogień, morze – stara kurtka, przystanek, samochód, szpital psychiatryczny. Laski–Medjugorie, dwa skrajnie różne światy, jeden kierunek, jeden cel. Modlitwa do tego samego Boga, w tej samej sprawie, powtórzmy: o Wszystko-co-w-życiu-najważniejsze… Wiersze te więc jednak może więcej (głębiej) łączy, niż dzieli.
 

„Modlitwa”, Jerzy Liebert (1904–1931)
Panie, który mnie ciszą poisz i karmisz błękitem,
I gwiazdy mi otrząsasz, księżyce z jabłoni,
I Twój wieczór mi dobrą łąką dzwoni,
I niebem gwiazdy nocą przesiewasz, jak sitem.

O, zabierz z słów mych smętnych, jak sznur ptaków lotnych,
Tę tęsknotę błękitną i marzeń mych męstwo,
Oczu – zwątpienie wieczne i ludzkie – wilgotnych,
Wszak, Panie, z tego świata jest moje królestwo.
Odsuń ode mnie źrenic Twych ogień i morze.
Ogień, co pali, morze, co chłodzi w ukryciu –
O, zatop nim głębinę, w którą schodzą zorze.
I, jak duszę miłości, tak mnie wydaj życiu.
„Różaniec”, Szymon Babuchowski (ur. 1977)
tamten sierpniowy wieczór przeniknięty światłem
kiedy klęczałem z Magdą w jej małym pokoju
i wszystko oprócz naszych myśli było jasne –
usta szeptały cicho: przyjdź królestwo Twoje
a potem dalej: zdrowaś Mario pełna łaski
i światło się rozlało po całym mieszkaniu
do dziś mój rozum tego nie może wyjaśnić
dlaczego pokój nagle zapachniał różami

znajduję ten różaniec gdy schodzę z Križevca
w małej salce na górze przy moim kościele
w samochodzie co pędzi z nami wprost do nieba
jak kaplica na kółkach poruszana śpiewem
w kieszeni starej kurtki w dłoniach mojej Babci
nad ranem na poduszce w pracy na przystanku
w szpitalu psychiatrycznym w torebce Natalii –
słychać po całym świecie stukanie różańców

po górach i dolinach rozlega się stukot
czas różanego drzewa które ściskam w dłoni
tak mocno jakby ktoś miał za chwilę je ukraść
jakbym przed sobą samym mógł je tak osłonić
Ty mnie osłaniaj drzewo któreś mnie znalazło
zapuść we mnie korzenie tak się ze mną zrośnij
żebym z Twojego szczytu zobaczył to miasto
do którego mnie wołasz niesłyszalnym głosem
« 1 2 »
oceń artykuł

Reklama