• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Zakorzenieni

    Marcin Jakimowicz

    |

    GN 35/2008

    dodane 03.09.2008 21:24

    Czy młody chłopak w koszulce rockowej kapeli może zachwycić się pieśnią, która sto lat przeleżała na strychu? Może. Widziałem to na własne oczy. W Jarosławiu, na festiwalu do tańca i do różańca.

    Miałem kiedyś sen. A może to nie był sen? Pędziłem nocą autokarem przez pogrążoną w mroku Rumunię. Wszyscy dokoła spali, a ich głowy śmiesznie kołysały się na boki. Autobus lekko szarpnął i na chwilę się zbudziłem. To, co ujrzałem za szybą, zapierało dech w piersiach. Rynek małego miasteczka. Na wiodących do kościoła (cerkwi?) szerokich schodach wirowały w tańcu pary. Grała cygańska orkiestra. Wesele? Autobus wyjechał z miasteczka. Zasnąłem. Gdy rano obudziłem się w dusznym autokarze, nie wiedziałem, czy to, co ujrzałem kilka godzin wcześniej, było snem czy jawą. Gdy trafiłem do Jarosławia na XVI Festiwal Muzyki Dawnej, przetarłem oczy ze zdumienia. Wydawało mi się, że mam déjà vu. Pod rozgwieżdżonym niebem między kamieniczkami tańczyło kilkadziesiąt par.

    Oświetlało ich jedynie światło księżyca i płomienie pochodni. Grała znakomita Kapela Brodów, odkurzająca stare ludowe melodie. Nogi same rwały się do tańca. Obok ludzie popijali wino i żywo dyskutowali. O wyczynach olimpijczyków? Srebrnym medalu naszego dyskobola? Tarczy antyrakietowej? Nie... O chorale gregoriańskim, muzyce cerkiewnej, pieśniach irlandzkich imigrantów, greckich instrumentach ludowych i kantorze z Szypliszek. Prawdziwy tygiel. Jak sam Jarosław – śliczne miasteczko tuż przy wschodniej granicy. Na komórkę przychodzą tu powitalne SMS-y ukraińskich sieci telefonicznych. Tu krzyżowały się najważniejsze szlaki handlowe: ze Śląska na Ruś i z Gdańska na Węgry. Co roku odbywały się tu słynne w całej Europie jarmarki. Tu Wschód spotykał Zachód, a judaizm, chrześcijaństwo i islam. Dziś przez kilka dni Festiwalu „Pieśni naszych korzeni” miasto znów żyje bizantyjskimi hymnami, hebrajskimi psalmami i chorałem gregoriańskim.

    Zaczarowani
    Festiwal ma w sobie coś i ze święta, i z jarmarku. To impreza do tańca i do różańca. Młodzi tańczący skoczne oberki dwie godziny wcześniej szczelnie wypełniali piękną greckokatolicką cerkiew. Świątynia pękała w szwach. Ludzie siedzieli aż pod ikonostasem. Mrok rozświetlały jedynie wątłe płomyki świec. Pachniało kadzidłem i woskiem; niedawno skończył się parafialny odpust. Ciszę rozdarł przejmujący głos Anny Brody. Gdy śpiewała o „Niebieskiej Królowej, Wonnym Kwiecie, Lekarce chrześcijańskiej, Pani anielskiej” po plecach chodziły ciarki. Młodzi siedzieli jak zaczarowani, porażeni pięknem pieśni, które kiedyś śpiewały ich babcie.

    Na festiwalu od lat można usłyszeć i muzyczną śmietankę, i „naturszczyków”. Jest i pierwsza liga, występująca w salach koncertowych całego świata, i ci, którzy w zaciszu domów pielęgnują tradycyjny śpiew, wyssany z mlekiem matki. – Nie chodzi o to, że ci ludzie występują rzadko. Oni nie występują nigdy! – śmieje się Marcin Bornus-Szczyciński, jeden z twórców festiwalu. – Przed laty ściągnęliśmy tu ojca Spirydona, pierwszego kantora góry Athos, który nigdy nie daje koncertów. Gdy nagraliśmy jego występ, od razu zgłosiło się do nas greckie radio. Chciało kupić te nagrania. Oni doskonale wiedzieli, że czegoś takiego nie usłyszą. Bizantyjskie hymny z samej świętej góry Athos! Podobny koncert usłyszycie dziś wieczorem. Wystąpi Arcybractwo Najświętszego Krzyża z Sessa Aurunca we Włoszech. Oni nie dają koncertów. Odtwarzają jedynie rytuały Wielkiego Tygodnia, liturgiczne misterium, które od wieków pielęgnują.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół