Nowy numer 20/2018 Archiwum

Fikcyjne postacie mówią prawdę

Rozmowa z Didierem van Cauwelaertem, francuskim pisarzem, dramaturgiem, scenarzystą laureatem m. in. nagrody Goncourtów i Moliera.

Barbara Gruszka-Zych: Pracuję w piśmie katolickim, więc zapytam: czy jest Pan wierzący?
Didier Van Cauwelaert: – Tak, ale swobodnie wierzący. Wiara jest owocem moich uczuć, ducha krytycznego, moich wyborów. Czuję się chrześcijaninem, ale nie jestem pewien, czy chrześcijaństwo przyznałoby się do mnie.

W jakim stopniu w Pana książce prawda miesza się ze zmyśleniem?
– Często najpierw wymyślam postaci i wydarzenia, a potem je sprawdzam w dokumentach. Powieściopisarz musi zbierać wszystkie informacje na dany temat, zarejestrowane nawet mimochodem, a potem pozwala pracować intuicji, daje żyć swoim postaciom. Wszystko, co dotyczy badań i odkryć tilmy, jest rzeczywiste. Tylko opowiadają o tym fikcyjne postacie.

Był Pan w Meksyku i Watykanie?
– W Meksyku dwa razy. Kiedy napisałem już pewne fragmenty „Objawienia”, pojechałem je zweryfikować. Żeby oglądać Meksyk oczami moich już istniejących bohaterów. Wszedłem w skórę Nathalie i uznałem, że to okropne, brutalne miasto, pełne macho, nie znalazłem w nim nic bliskiego. Kiedy wróciłem tam już jako „ja”, zobaczyłem, że to miejsce stworzone dla mnie. Ale nie dla niej. W Watykanie wślizgnąłem się w skórę starych kardynałów i usiłowałem się poczuć jak u siebie. Zwiedzałem go pod prąd kierunku zwiedzania, żeby być samemu. Byłem w miejscach, do których nie wpuszcza się turystów.

Dlaczego Pański Juan Diego nie chce być świętym?
– Ta moja koncepcja to wyraz refleksji na temat jego postaci. Od swojej śmierci jest więźniem oddawanej mu czci. Uważa, że nie zasługuje na świętość. Dlatego czuje się jak w piekle. Te 20 milionów pielgrzymów zdąża do niego prosić o łaski, a on czuje, że sam nie może nic im dać. Jest też więźniem swojej miłości do żony. Raj, który obiecali mu chrześcijanie hiszpańscy, nie spełnił się, nie spotkał jej po śmierci. Juan Diego nie chce kanonizacji, bo wtedy zostanie na ziemi jako więzień swojej aureoli. Wszyscy wielcy święci zachowywali podobną skromność jak Juan Diego, nie chcieli oddawania im czci. Można wspomnieć Bernadettę Soubirous, Katarzynę Labouré, Ojca Pio... Być może po tej zawziętej skromności można rozpoznać świętego?

Dobrze, że Pana bohater został kanonizowany?
– Biorąc pod uwagę narzekania na świętość, które włożyłem w jego usta, to nie była dla mnie dobra wiadomość. Za to ja byłem zadowolony. To było duże zwycięstwo jednego człowieka – Jana Pawła II. To on w 1991 r. przeprowadził jego beatyfikację, a 10 lat później udało mu się doprowadzić do kanonizacji. Wyniesienie na ołtarze Juana Diego było istotne z perspektywy jego kultu maryjnego. Poza tym ten święty to przedstawiciel najniższej kasty Meksykanów – Indianin. Kibicowałem zmaganiom Papieża. Miał przeciw sobie w łonie Kościoła ludzi, którzy nie chcą przyjąć do wiadomości cudów i, niestety, tych wierzących, którzy mają przekonania rasistowskie.

Czy dał Pan „Objawienie” Janowi Pawłowi II?
– Mój przyjaciel przekazał książkę Papieżowi. Po jakimś czasie dostałem list od sekretarza Ojca Świętego, który pisał, że Papież książkę przeczytał, ale zarzuciłbym sobie nieskromność, gdybym powoływał się na treść listu.

Czy nie chciał Pan napisać dalszego ciągu? Jak Nathalie żyje po otrzymaniu dowodu na istnienie cudu?
– Powieść powstała przed kanonizacją, może po niej powinien powstać dalszy ciąg.

Chętnie bym przeczytała...
– To powód, żeby go napisać.

« 1 »
oceń artykuł