• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Czy jazzman może pójść do nieba?

    Marcin Jakimowicz

    |

    GN 44/2005

    dodane 02.11.2005 14:13

    Ktoś powiedział Louisowi Armstrongowi, że jeśli będzie dalej prowadził tak grzeszne życie, to nie trafi do nieba. Muzyk uśmiechnął się: „Jak mnie nie będą chcieli wpuścić, to wyciągnę swoją trąbkę i zagram im. I zobaczysz, że mnie wpuszczą”...

    Dokładnie pięćdziesiąt lat temu ruszyły Krakowskie Zaduszki Jazzowe, najstarszy polski festiwal jazzowy. Od początku tłumnie waliły na niego całe pokolenia studentów. „Imperialistyczny”, zawadiacki jazz był prawdziwą oazą wolności. Na festiwalu grała pierwsza liga polskiego jazzu i big beatu: Jarek Śmietana, Tomasz Stańko, Skaldowie, Marek Stryszowski, Andrzej Cudzich, Bernard Maselli, grupa SBB, Zbigniew Namysłowski, pianista Joachim Mencel. Od osiemnastu lat festiwal kończy uroczyście celebrowana Msza za zmarłych muzyków jazzowych. Często przy ołtarzu jest kilkunastu kapłanów, grają największe sławy polskiego jazzu, a dziękczynieniem po Komunii jest na przykład skoczny standard „Kiedy wszyscy święci idą do nieba”.

    Za babcię, ciocię i Milesa Davisa
    W październiku 1987 r. perkusista Skaldów i krakowski jazzman Jan Budziaszek wypisywał imiona dziadków, babć, ciotek, wujków i znajomych, by zanieść do kościoła tzw. wypominki. Był to czas, kiedy zaczął się nawracać i przestał już nosić pseudonim „Jan Budziaszek – wytwórnia flaszek”. Więcej, coraz częściej opowiadał w czasie koncertów o Bogu, a znajomi muzycy zaczynali żartować, że „z Jankiem to się źle jeździ na trasę, bo się spodnie na kolanach przecierają”...
    Budziaszek wypisywał wypominki. Na kartce zostało jeszcze sporo wolnego miejsca. Jego ręka sama zaczęła pisać: Louis Armstrong, Duke Ellington, Krzysztof Komeda. Ktoś podpowiedział: skoro ci muzycy znaczyli dla ciebie tak wiele i tak bardzo wpłynęli na twój stosunek do sztuki, zamów za nich Mszę świętą.

    Pobiegł do klasztoru ojców dominikanów, a ci – choć pomysł wydawał się szalony – z radością się zgodzili. – Był to czas, kiedy chodziłem codziennie na Mszę o 6.30 rano. Droga z domu do mojego kościoła parafialnego zajmowała jakieś 10–12 minut. Idę z tymi wypominkami, żeby wrzucić je do skrzynki w kościele i myślę sobie, że ci muzycy tak bardzo wpłynęli na moją edukację muzyczną, że jedne wypominki to dla nich stanowczo za mało. Trzeba by raczej zamówić w ich intencji całą Mszę – opowiada perkusista.

    Gdy wszedł na krużganki klasztoru dominikanów, wpadł na Andrzeja Bujnowskiego, wówczas kleryka, a dziś szefa chóru Deus Meus i redaktora Magazynu Muzycznego RUaH. – Słuchaj, Andrzej, chciałem zamówić Mszę za Armstronga i innych muzyków amerykańskich. A on na to: – To chodź do ojca Rafała Skibińskiego, duszpasterza akademickiego. – Ale czy to nie będzie jakiś obciach? – pytam. – Że zamówię Mszę za protestantów? A on odpowiada: – Nie, to świetny pomysł! – A może jazzmani po Mszy zagraliby kilka kompozycji ludzi, za których się będziemy modlili? – Jasne!

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół