• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Święta nuda

    Marcin Jakimowicz

    |

    GN 22/2010

    dodane 04.06.2010 11:36

    Naukowcy z Buenos Aires nie potrafili wytłumaczyć, dlaczego z Hostii trysnęła krew. A ja, walcząc z sennością, klęczę na adoracji, rozmyślając o dwóch bramkach Milito strzelonych w finale Ligi Mistrzów.

    Klara wyszła na niewielki balkonik. Trzymała w dłoniach puszkę z Najświętszym Sakramentem. Pod wzgórza Asyżu podchodziły wojska Saracenów. Blask bijący z Hostii miał zrobić na muzułmanach tak piorunujące wrażenie, że cofnęli się w popłochu i zaniechali plądrowania miasta. Na mnie biała Hostia nie robi piorunującego wrażenia. Adoruję ją od kilku minut w katowickim kościele oblatów, walcząc z rozproszeniami. Te dwie bramki Milito, znakomita gra Interu… Panie Jezu, przepraszam, już wracam do adoracji. Hm, a może naprawdę nie będzie w tym roku lata? Jak długo jeszcze będzie lało?

    Adoracja: 24 h
    Od 100 lat w klasztorze Klarysek od Wieczystej Adoracji w Kętach trwa modlitwa przed Najświętszym Sakramentem, 24 godziny na dobę. Każda z mniszek – duchowych sióstr Klary adoruje Jezusa przez godzinę dziennie, a co trzecią noc spędza dwie godziny w pogrążonej w ciemności kaplicy. To taka modlitewna sztafeta. – Nie jesteśmy, jak myśli wielu, specjalistkami od adoracji. Aż do samej śmierci będziemy się jej uczyły – uśmiechają się zza krat siostry Bonawentura i Rafaela. – To bez wątpienia najtrudniejsza forma modlitwy. Dlaczego? Bo wyzwala człowieka z koncentracji na sobie, z egoizmu. To bardzo bezinteresowna modlitwa. „Klasyka gatunku” jest taka: przychodzimy do Boga po to, by o coś prosić, pojęczeć, a od czasu do czasu podziękować. A tu? „Tracimy czas” w milczeniu. – I to jest właśnie najpiękniejsze! – słyszę zza krat. – Nie mamy litanii próśb. W czasie adoracji przestajemy być wreszcie pępkami świata. Jest Pan. To On stoi w centrum. Adoracja jest ogromnym wyzwaniem dla współczesnego człowieka, ale ktoś, kto zakosztował czym jest, nigdy z niej nie zrezygnuje.

    Krew w Argentynie
    Klęczę dalej w małej kaplicy. Starsi szepczą pod nosami modlitwy, zaciskając dłonie na różańcach, młodzi w ciszy wertują rozłożone na ławkach Biblie. Jeśli wyjdę teraz, zdążę jeszcze na 296. Zostanę jeszcze chwilę. Moje myśli wędrują aż do Argentyny. Wieczorem 18 sierpnia 1996 r. ks. Alejandro Pezeta kończył udzielać Komunii św. w kościele, w handlowej dzielnicy Buenos Aires, gdy nagle podeszła do niego poruszona kobieta. Ojcze – szepnęła – w tyle kościoła na świeczniku leży porzucona Hostia. Kapłan podszedł do świecznika. Sprofanowana Hostia była tak brudna, że nie mógł jej spożyć. Włożył ją do naczynia z wodą i zamknął w tabernakulum. Jakież było jego zdumienie, gdy zauważył po tygodniu, że opłatek zamienił się w krwistą substancję. Niezwłocznie zadzwonił do kard. Jorge Bergoglia, a ten zlecił wykonanie profesjonalnych fotografii. Na fotkach widać było, że Hostia zmieniła się w zakrwawione ciało i znacznie się powiększyła. Sprawę trzymano w wielkiej tajemnicy, a przemieniona Hostia leżała spokojnie w tabernakulum.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół