• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Talent pop-teologiczny

    ks. Tomasz Jaklewicz

    |

    GN 05/2010

    dodane 04.02.2010 15:30

    Szymon Hołownia posługuje się językiem, który sam określa jako pop-teologiczny. Jego książki rozchodzą się jak świeże bułeczki. Jednym słowem: ma talent.

    Może drażnić, szokować lub fascynować. Bez wątpienia na naszej kościelnej łączce stanowi zjawisko wyjątkowe. Szymon Hołownia, warszawiak z Białegostoku, próbuje od kilku lat odświeżyć język rozmowy o wierze. I czyni to z dobrym skutkiem.

    Dwujęzyczność
    W popkulturze Hołownia czuje się jak ryba w wodzie, a zarazem jest katolikiem, który rozumie, w co, w Kogo wierzy. Taka dwujęzyczność, czyli biegła znajomość języka popkultury i języka wiary, nie jest bynajmniej częsta. Dzięki udziałowi w programie „Mam talent” (5 milionów widzów) stał się telewizyjnym celebrytą. A jednocześnie konsekwentnie powtarza, że najważniejszą sprawą jego życia jest Bóg, a domem bardziej Kościół niż telewizja. Wydawnictwo „Znak” właśnie wznowiło uaktualnioną wersję jego pierwszej książki „Kościół dla średnio-zaawansowanych”, jesienią ubiegłego roku ukazał się „Monopol na zbawienie”, wcześniej w 2007 r. „Tabletki z krzyżykiem”. Te trzy książki wyróżnia ten sam styl, który sam autor nazywa pop-teologicznym. – Wszystkie sprzedają się świetnie. To są liczby powyżej 30 tysięcy egzemplarzy każda. To nasz najpopularniejszy autor książek religijnych – przyznaje Monika Wróblewska z wydawnictwa „Znak”.

    Nakłuwanie nadętych
    Na czym polega ten fenomen? Przypomina mi się anegdota o balonach. Dlaczego balony nie mogą się spotkać? Bo są nadęte. No właśnie. Hołownia konsekwentnie nakłuwa kościelną rzeczywistość, tak by zeszło z niej szkodliwe nadęcie. Dlatego śmieje się z tego, że księża mówią na ambonie dziwnym głosem i posługują się ciężkostrawną nowomowa kościelną. „Pochylanie się z troską” i „ubogacanie w szczególny sposób” – to już klasyka. Inne przykłady: „trzeba nam tak żyć…”, „prośmy więc, bracia i siostry, byśmy umieli”. Hołownia nie waha się nazwać listów pasterskich „rodzajem tortur, którymi władze kościelne wypróbowują pokorę i wytrzymałość wiernych”, ale przyznaje, że chodzi mu o formę, nie o treść. Uszczypliwości nigdy nie idą za daleko, to znaczy nie dotykają spraw najważniejszych. Hołownia proponuje język religijny bardziej prosty, komunikatywny, uwolniony od patosu, świadomie operujący kolokwializmami i humorem.

    Pytałem kiedyś innego świeckiego publicystę piszącego o Kościele, co sądzi o pisarstwie autora „Kościoła dla średniozaawansowanych”. „To niepoważne” – rzucił. Część księży reaguje podobnie. Dlaczego? Może to sprawa różnicy pokoleń czy odmiennych mentalności. A może brak poczucia humoru lub dystansu do swoich nabożnych postaci i zacnych dzieł. Moim zdaniem, z duszpasterskiego punktu widzenia, Hołow-nia robi świetną robotę. To prawda, ja nie potrzebuję, by do książki religijnej dołączano grę planszową (jak w przypadku „Monopolu na zbawienie”).

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół