Nowy Numer 8/2018 Archiwum

To wszystko ma cel

Jeśli wierzymy, że krzyż Jezusa miał – i wciąż ma – swój cel, to dlaczego każde inne cierpienie miałoby być pozbawione sensu?

Spora parafia w górnośląskiej aglomeracji. Prowadziłem tam rekolekcje. Po Mszy dla chorych podbiegła do mnie na parkingu kobieta i tonem nieomalże nakazującym poprosiła: „Ksiądz tak mówił o nadziei, że ksiądz musi ze mną pojechać do Heniusia”. Pojechaliśmy w plątaninę wokółkopalnianych uliczek. Po drodze dowiedziałem się, że Heniuś, jej mąż, doznał przed ponad rokiem zawału, serce przestało bić na jakieś 20 minut, potem niespodziewanie ruszyło. I bije do dziś. Ale pozostały skutki niedotlenienia mózgu. Paraliż, przez wiele miesięcy brak jakiegokolwiek kontaktu z chorym.

„Teraz jest lepiej” – zapewniła mnie. Za kilka minut zobaczyłem to „lepiej”. Żona przysiadła przy łóżku męża. Jego oczy patrzyły przenikliwie i miałem wrażenie, że dobrze wie, kto przyszedł – i żona, której obecność wyraźnie go uspokajała, i ksiądz, co go wyraźnie poruszyło. Zaczęło się misterium miłości. Tuliła go, głaskała, cały czas mówiła pełnym ciepła i serdeczności tonem. „Heniuś, kocham cię, jak nikogo innego na świecie...”. Chory naprężył się i nieco uniósł na posłaniu. Chciał coś powiedzieć, ale mówiły tylko jego oczy – duże, wyraziste, wręcz świdrujące aż do wnętrza naszych serc. „Heniuś, to wszystko ma cel. Tylko my jeszcze nie wiemy jaki”. Nie odważyłem się pół godziny wcześniej w kazaniu dla chorych takich słów wypowiedzieć. Usłyszałem je z ust kobiety doświadczonej cierpieniem najbliższej osoby. „To ma cel” – mój Boże, pomyślałem, przecież to prawda.

Jeśli wierzymy, że krzyż Jezusa miał – i wciąż ma – swój cel, to dlaczego każde inne cierpienie miałoby być pozbawione sensu? Przypomniały mi się wszystkie dyskusje, jeszcze z czasów studenckich, na temat sensu czy bezsensu cierpienia, przypomniały mi się wszystkie bunty ludzi cierpieniem dotkniętych. Nie miałbym odwagi powiedzieć im tego, co teraz usłyszałem im. „To ma cel, tylko my jeszcze nie wiemy jaki” – powtórzyła. Co było w tych słowach? Wiara? Tak. Bez zapatrzenia się w Jezusa takie słowa byłyby puste. Nadzieja? Na co? Przecież nie na pełny powrót do sił. „Kora mózgowa uszkodzona, tego się nie da naprawić”. A więc nadzieja na co? Na zrozumienie celu zmagania się ducha z bezwładem ciała. Pomyślałem też ze wstydem, że my, kaznodzieje, boimy się tak dobitnie o takiej nadziei mówić. To była prawdziwa rekolekcyjna nauka.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Reklama

Reklama

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy