• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Proroctwa przeszłości

    ks. Remigiusz Sobański, profesor prawa kanonicznego

    |

    GN 27/2005

    dodane 05.07.2005 00:27

    Historię nader często uprawia się dla celów politycznych– i nie ma w tym nic złego, trzeba tylko o tym wiedzieć

    Znany historyk niemiecki, Leopold von Ranke, napisał w przedmowie do swej wydanej w 1824 r. historii narodów romańskich i germańskich, że jego zamiar sprowadzał się do pokazania, „jak to naprawdę było”. Zdaniem Rankego, zadanie historyka polega na przedstawieniu faktów, niezależnie od tego, czy są piękne lub brzydkie. Pogląd taki wydawałby się oczywisty: historyk ma badać i referować to, co się wydarzyło, przedstawiać to, co na podstawie źródeł da się ustalić – „było tak, a nie inaczej”, odnośnie do faktów zaszłych nie powinno być różnicy zdań.

    A jednak żadni uczeni nie sprzeczają się tak jak historycy. „Spory historyków” są wręcz przysłowiowe. Jeden z filozofów (F. Schlegel) zauważył kąśliwie, że najpotężniejsza poezja to historia. Niewątpliwie przesadził, ale to nie kto inny jak zmarły w 1997 r. historyk angielski I. Berlin napisał, że historia to to, co historycy robią. Wypada docenić to krytyczne myślenie o własnym zawodzie. Historycy – pisze Berlin – szukają w źródłach tego, co potrzebują, opuszczają to, co nie pasuje do konceptu. Pragną – jak to w naukach bywa – udowodnić tezę. Przypomnijmy zresztą, że właśnie wtedy, gdy u początków poprzedniego tysiąclecia krystalizował się polityczny kształt Europy, tak właśnie prowadzono badania historyczne: zwolennicy cesarza sięgali do Justyniańskiego zbioru prawa (bo dawał materiał sprzyjający teorii imperialnej), zwolennicy papieża grzebali w zbiorach synodów starożytnych.

    Poszukiwania były oczywiście wybiórcze, a niedające się pominąć teksty niekorzystne wyinterpretowywano zgodnie z własnym konceptem. Historię nader często uprawia się dla celów politycznych – i nie ma w tym nic złego, trzeba tylko o tym wiedzieć. Bardzo często zresztą politycy wywodzą się z historyków (co pochwalam), a historycy bawią się w politykę (czego nie pochwalam). Stąd tytuł dzisiejszego felietonu, pochodzący od Schlegela, który historyków nazwał prorokami zwróconymi ku przeszłości.

    Ale także historycy niedotknięci bakcylem polityki nie są wolni od własnej subiektywności, która w ich badaniach odgrywa większą rolę niż w innych naukach zajmujących się ustalaniem faktów. Przystępując do pracy, budują na dotychczasowym stanie nauki, obejmującym ustalenia, jakich zdołano dokonać, i ich interpretacje, na które mogły złożyć się pokolenia subiektywnych ocen. Wystarczy tu przypomnieć wypaczone oceny czasów średniowiecza (pomijając już samą nazwę „średniowiecze”), a na bieżąco jesteśmy świadkami, jak w wywodach historyków przeplatają się fakty, hipotezy, interpretacje i domysły, zaś dla polityków hipoteza to od razu historia.
    Jeszcze co do tytułu: nie mam nic przeciw występowaniu historyków w roli proroków, niechby jednak ich proroctwa dotyczyły przyszłości – bo wtedy dadzą się sprawdzić.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół