• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Za Jezusem niosącym krzyż

    Andrzej Macura

    |

    GN 10/2007

    dodane 08.03.2007 13:23

    Kiedy rozważa się kolejne stacje Drogi Krzyżowej, nie sposób nie zapytać samego siebie o stosunek do tego, co się na tej ostatniej drodze Jezusa wydarzyło.

    Wąskie uliczki, gwar, przechodnie i przekupnie zachwalający swoje towary. Czasem jakiś nieprzyjemny odór. Zwyczajny dzień w opasanym starymi murami mieście. Od czasu do czasu wśród wąskich uliczek jakaś mała kapliczka. Częściej tylko skromny znak na ścianie. Droga krzyżowa w Jerozolimie. Choć już nie taka sama jak przed wiekami, to jednak tak bliska tej, którą szedł niegdyś Jezus.

    Wtedy musiało być podobnie. Żołnierze, żądni widowiska ciekawscy i zwykli gapie, dla których widok niosącego belkę krzyża skatowanego Skazańca mógł być tylko nieco makabrycznym urozmaiceniem leniwie toczącego się dnia. Zwyczajnie, prozaicznie, bez cienia patosu. Któż ze świadków tamtych wydarzeń wiedział, że właśnie dokonuje się zbawienie świata?

    Pielgrzymi przybywający od wieków do Jerozolimy zawsze szukali śladów ukrzyżowanego Zbawiciela. Nic dziwnego, że szybko zaczęli też urządzać wędrówki szlakiem Jego męki. Tak narodziło się znane nam dziś dobrze nabożeństwo Drogi Krzyżowej. I choć w obecnej formie ustaliło się dość późno (około XV w.), jego sens pozostał ten sam: iść razem z Jezusem po Jego krzyżowej drodze; rozważać to, co się wtedy wydarzyło, by powrócić do codzienności bogatszym o zanurzenie się w Boskiej męce.

    Bo kiedy rozważa się kolejne stacje Drogi Krzyżowej, nie sposób nie zapytać samego siebie o stosunek do tego, co się na tej ostatniej drodze Jezusa wydarzyło. Łatwo oburzać się na Piłata odcinającego się od sprawy, a jednocześnie zatwierdzającego wyrok śmierci, dopóki się nie zauważy, że swoją obojętnością wobec rażącej krzywdy ja też czasem skazuję niewinnych. Nawet i na śmierć, jak nienarodzone dzieci. Oburza bezduszność żołnierzy obnażających Jezusa z szat i przybijających Go do krzyża.

    Ale i ja czasem, przez zły przykład, skazuję Jezusa na pośmiewisko, a każdym grzechem przybijam Go do krzyża. Weronika ocierająca twarz Zbawiciela czy Józef z Arymatei, który poprosił Piłata o wydanie ciała Zmarłego, uczą mnie odwagi w pełnieniu dobra. Stojący pod krzyżem Jan i niewiasty – trwania przy Jezusie nawet wtedy, gdy inni Go opuszczają, znajdując w różnych niekorzystnych okolicznościach usprawiedliwienie dla swojej niewierności.

    A Jezus? On na krzyżowej drodze uczy najwięcej. Najpierw pokornego przyjęcia na siebie ludzkiej złości, w tak niepojęty sposób związanej z wolą Bożą. Potem cierpliwego podnoszenia się z upadków, gdy wszystko zdaje się wskazywać, że nie ma to już sensu. Przejmująco brzmią słowa z ostatniej katechezy Jezusa, skierowane do niewiast: „bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, co się stanie z suchym?”. I wydobywające się z głębokiego cierpienia: „Boże mój, czemuś mnie opuścił”, w którym pouczenie, że oto spełniają się zapowiedzi proroków, miesza się ze skargą umierającego Zbawiciela… „O Chrystusowa męko, kluczu mego życia”… Naucz mnie żyć.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół