Nowy numer 17/2018 Archiwum

Manipulacja w zalewie

Myśl wyrachowana: Burza nie jest groźna, groźny jest brak Jezusa.

Kim trzeba być, żeby zmienić naukę Kościoła? Bogiem? Nie. Papieżem? Też nie. Nawet duchownym nie trzeba być – a i katolikiem nie trzeba. Trzeba być dziennikarzem i napisać w gazecie, że się ta nauka zmieniła. I nie ma żadnego znaczenia, jaki jest stan faktyczny. Jeśli ta rzekoma zmiana oferuje tanią i natychmiastową przyjemność, wielu kupi to kłamstwo, bo, jak mówi apostoł, „według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią – będą sobie mnożyli nauczycieli” (2Tm 4,3). Klasyczny przykład to te historie z prezerwatywą. Ileż to było wcześniej darcia szat, że papież jest winien śmierci milionów ludzi, bo zabrania używać kondomów. I po co to było? Wystarczyło napisać, że papież popiera używanie prezerwatyw. I już. Jak widać, nie trzeba mieć żadnych podstaw do takiego twierdzenia, skoro wysnuto go z wywiadu, w którym papież – co oczywiste – sprzeciwia się używaniu prezerwatyw.

Na okładce jednego z brukowców przeczytałem nazajutrz: „Benedykt XVI: Róbcie to w prezerwatywach”. To się nazywa pójście na całość. Gdy jedni napisali, że papież pozwala, to my napiszemy, że nakazuje. Pod spodem czytam: „Do Watykanu z całego świata płyną wyrazy uznania”. I proszę bardzo – mamy fakt medialny. Rzecz jasna nikt tego nie sprostuje, bo nie po to się pisało, żeby prostować. A w głowach zostanie jak nie fałsz, to przynajmniej mętlik. Takich rzeczy przybywa i wydaje się, że tego nie da się zatrzymać. Wobec zalewu kłamstwa człowiek czuje się bezradny. „Manipulacja – kłamstwo zorganizowane” to tytuł znakomitej konferencji, w której uczestniczyłem przed z górą miesiącem w Łodzi. Sprawcą tego wydarzenia był łódzki oddział Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. Padło tam wiele przykładów tego kłamstwa, którego jako społeczeństwo jesteśmy odbiorcami. Ponury komentarz do nich dopisało życie, bo właśnie w Łodzi kilka dni wcześniej manipulacja informacją wydała śmiertelny owoc nienawiści.

Dla mnie jednak szczególnie znamienne było tło tego spotkania. Tło dosłowne, bo na frontowej ścianie auli seminaryjnej, w której odbywała się konferencja, wisiał wielki, ekspresyjny obraz, przedstawiający Pana Jezusa w łodzi. Akurat nie o miasto tu chodzi, lecz o jednostkę pływającą. Pływającą zresztą resztkami sił, bo to była scena burzy na jeziorze Genezaret. Po prawej widać przerażonych apostołów, zalewanych falami, a po lewej stoi Chrystus, który za moment nakaże spokój wichrom i jezioru. Ten obraz nasunął mi myśl, że ci ludzie po prawej to my. Zalewa nas kolejna fala manipulacji. Jazgot, że każdy nie może się ożenić z każdym, a każda z każdą. Jazgot, że ktoś się opiera zabijaniu i mrożeniu ludzi, a nawet jazgot, że Kościół modli się o poszanowanie życia. Chciałoby się na każde kłamstwo odpowiedzieć i zmierzyć się z każdym głupstwem wygadywanym w mediach. Ale cóż wobec takiej nawałnicy znaczą garnuszki, którymi wylewamy wodę? Ano właśnie – bo też nie o garnuszki chodzi, tylko o wiarę, że Jezus nad tą całą burzą panuje. I to Jego sprawą jest jej uciszanie. Naszą – zaufanie.

« 1 2 »
oceń artykuł