• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Nauka przekonań

    Franciszek Kucharczak

    |

    GN 32/2008

    dodane 08.08.2008 09:22

    Myśl wyrachowana: Niektórzy myślą, że mogą uczyć dojrzałości, gdy sami potrafią dojrzeć tylko seks

    Minister edukacji Katarzyna Hall chce obowiązkowej edukacji seksualnej w szkołach. Obecnie takie zajęcia są nieobowiązkowe i to od rodziców zależy, czy ich dzieci mają w nich brać udział. Jak widać, pani minister chce, żeby prawa rodziców przypominały prawo krajów UE do decydowania o traktacie lizbońskim. Czyli, ludu prosty, wybieraj, jak chcesz, byleś chciał tego, czego my sobie życzymy. My – czyli ci mądrzejsi, światli, wyedukowani. A skąd wiadomo, że „my” to ci mądrzejsi? Głupie pytanie! No bo to my chcemy powszechnej edukacji seksualnej. Proste? A właśnie – jaką to edukację seksualną otrzymała minister Hall? Pewnie dobrą, skoro wyszła na ludzi. Czyżby to za sprawą „wychowania w rodzinie socjalistycznej”? Taki przedmiot był za PRL. Obowiązkowy, bo komuniści też uważali, że są mądrzejsi od rodziców. Chyba jednak to nie szkoła, tylko dom ukształtował pani moralność, prawda? Edukacja seksualna dotyka bezpośrednio spraw życiowych, moralnych – a nie naukowych. Jeśli ktoś tego sobie życzy, to proszę bardzo.

    Ale gdy my tego nie chcemy, to wara od naszych dzieci. Nie możemy pozwolić, żeby obcy ludzie kształtowali dusze młodych bez rodzicielskiej zgody i kontroli. Bo tu nie chodzi o wiedzę, tylko o przekonania. Edukacja seksualna to nie matematyka, gdzie dwa plus dwa to zawsze będzie cztery, nawet gdyby matematyczką była Joanna Senyszyn. Nikt nie rzuca się o wiedzę z zakresu fizyki, chemii, biologii i tak dalej. Tam przekazuje się informacje o tym, co ma – lub miało – miejsce. Żaden rodzic nie zakwestionuje przekazanej dziecku wiedzy o grawitacji, zasadach gramatyki i tego, że bitwa pod Grunwaldem była w roku 1410. Ale edukacja seksualna to nie nauka o faktach. Tam nie chodzi o poznanie funkcji ciała, bo do tego wystarczą lekcje biologii. Tam się nie mówi, jak jest, tylko jak być powinno – i to w sprawach najbardziej wrażliwych. To już nie jest przekazywanie wiedzy – to jest kształtowanie życiowych postaw.

    Te zajęcia, przynajmniej teoretycznie, mają pomóc dzieciom wybierać między dobrem a złem. W takich sprawach nie możemy pozwalać sobie na eksperymenty, bo od nich może zależeć wieczność. Tego nie może uczyć ktoś, o kim wiemy tylko tyle, że ma jakieś dyplomy. Dyplom to za mało, gdy życia po ludzku uczy ktoś, kto sam żyje jak świnia. To musi być ktoś, kto jasno deklaruje swoje poglądy. W dodatku te poglądy muszą być zabezpieczone instytucjonalnie. Gdyby je zmienił – wylatuje z pracy. I tak właśnie jest w przypadku lekcji religii. To one są najwłaściwszym miejscem do szkolnej edukacji seksualnej. Nikt nie musi na nie posyłać dzieci, ale kto posyła, ten wie, że katecheta nie zrobi mu z dziecka egoistycznego palanta, któremu miłość myli się z orgazmem. Program religii obejmuje wszystko, co konieczne, żeby nasze dzieci wybrały to, co wybrać powinny. Oczywiście niektóre i tak wybiorą inaczej. Ale jeśli w swoim życiu zbłądzą, będą błądzić pomimo dobrego wychowania, jakie otrzymali, a nie dlatego, że wychowano je źle.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół