Nowy numer 21/2018 Archiwum

Bóg nie daje krzyża byle komu

Pragnę podzielić się wrażeniami, jakie wywarł na mnie artykuł p. Szymona Babuchowskiego z 9 kwietnia 2006 r. pt. „Dziękuję za ból”. Jest to artykuł o ks. Marku Krzywoniu. Kiedy w gazecie zobaczyłam jego zdjęcia, w pamięci wróciły tamte straszne dni sprzed 5 miesięcy.

W piątek 7 kwietnia trafił do moich rąk „Gość Niedzielny”, w którym moją uwagę przyciągnął urywek tekstu z artykułu ks. Tomasza Jaklewicza pt. „Z rąk do rąk”. Pozwolę sobie zacytować ten fragment: „Jeśli umierający jest otoczony nie tylko kroplówkami, ale także kochającą obecnością bliskich, to wtedy śmierć jest przejściem z rąk do rąk. Po tej stronie – kochające dłonie małżonka, syna, córki… Po drugiej – otwarte ramiona Ojca!”.

Tak właśnie odchodził nasz syn, który w wieku 22 lat umierał na raka. Po tej stronie miał przy sobie wszystkich, którzy go kochali i których on kochał. Byli bracia, dziewczyna brata, kochana ciocia Marysia i my – otępiali z bólu rodzice. Mimo traumy, jaką przeżywaliśmy, za wszelką cenę staraliśmy się zachować spokój, aby nasz syn czuł i wierzył, że po drugiej stronie czekają na niego kochające dłonie Pana Jezusa. Jestem pewna, że przeżycie tej tragedii byłoby o wiele trudniejsze, gdyby na mojej i syna drodze nie stanął ks. Marek Krzywoń.

Cierpienie jest nagrodą
W poniedziałek 21 listopada mój syn leżał na oddziale onkologicznym w Bielsku-Białej, którego ordynatorem jest wspaniała pani doktor Barbara Liszka. Na sali zajętych było 5 łóżek, szóste stało puste. Nagle zrobił się ruch, szum i w drzwiach sali pojawił się wózek, a na nim ks. Marek Krzywoń w otoczeniu przyjaciół. I tak jak pisze p. Szymon – od księdza bił niesamowity spokój, wyciszenie; widać było zmęczenie, ale twarz miał pogodną, uśmiechniętą. Od tego dnia widywaliśmy się codziennie, bardzo dużo rozmawialiśmy.

Pomimo tego, że sam był tak bardzo chory – na własne oczy widziałam guzy, które pokrywały jego ciało – chciał ze mną rozmawiać o mojej tragedii. Pytał o stan syna, interesował się tym, jak zaczęła się choroba Marcinka. Wylałam przed nim cały żal i ból, który leżał na moim matczynym sercu. Sam cierpiał, jednak od nas nie stronił. Starał się mnie wyciszyć, uspokoić, doradzał, aby nabrać dystansu do śmierci, która zbliżała się dużymi krokami. Ks. Marek tłumaczył mi: „Pan Bóg nic nie robi bez powodu, to cierpienie, które na Was zesłał, tak naprawdę jest nagrodą, a nie karą”. Z jego ust usłyszałam słowa, których nie zapomnę do końca życia. Były dla mnie ostatnią deską ratunku, bardzo wierzyłam w to, co mówił.

Pewnego razu, gdy siedzieliśmy na szpitalnym korytarzu, rozmawiając, ks. Marek powiedział: „Pani Beato, proszę sobie wziąć do serca te słowa – Pan Bóg krzyża nie daje byle komu. Pan Bóg daje krzyż tym, którzy są na tyle mocni, że nie upadną pod jego ciężarem. On wie, że Pani i syn poniesiecie ten krzyż z godnością”. Po tej rozmowie siadłam przy łóżku syna, który spał po zastrzykach morfiny, a twarz zalewały mi łzy rozpaczy. Głaskałam umęczone i wychudzone chorobą ciało dziecka. W tej przerażającej ciszy postanowiłam w myślach, że tak właśnie będzie – że nie upadnę z tym krzyżem. „Nie zawiodę Cię, Panie Boże! Będę dumna z tego, że Ty, Ojcze, już teraz chcesz mieć przy sobie naszego syna. Niech się dzieje wola Twoja, Panie”. Bez wiary, że tam istnieje lepsze życie, chyba bym oszalała z bólu.

Ktoś otwiera drzwi
Nasz synek odszedł 26 listopada 2005 r. o godz. 19.15. Nie było przy nas ks. Marka – poszedł na przepustkę. Syn odszedł spokojnie, cichutko. Nie płakałam – tuliłam, całowałam i szeptałam: „Idź kochanie – nie bój się tej drogi. My tutaj bardzo Cię kochamy, ale tam już otwiera Ci drzwi ktoś, kto kocha Cię stokroć bardziej od nas. Idź z Bogiem, kiedyś do Ciebie dołączę, a Ty wyjdziesz mi naprzeciw”.
Jestem bardzo szczęśliwa, że na mojej drodze stanął ks. Marek Krzywoń, że mogłam z nim rozmawiać, chłonąć jego słowa, które były balsamem dla mojej duszy. Zostań z Bogiem, księże Marku, niechaj teraz aniołowie w niebie radują się Twoją obecnością. Bardzo głęboko wierzę, że ks. Marek i mój synek tam właśnie się spotkali – w niebie.

Moje życie w chorobie syna i po jego śmierci bardzo się odmieniło, nic już nie jest takie samo. Z pomocą wielu ludzi, których Ktoś stawia na mojej drodze, zaczynam małymi kroczkami stąpać po ścieżce, która prowadzi do Boga. Zdaję sobie sprawę, że tych kroczków muszą być jeszcze niezliczone miliony, abym mogła tam dotrzeć. Księże Marku, bez Twojej pomocy byłoby mi ciężko.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama