• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Betlejem nasze powszednie

    Agata Puścikowska

    |

    GN 48/2007

    dodane 03.12.2007 16:47

    Dom na święta cz. I Dzisiaj w Betlejem zamiast gospody stołówka. Żłóbka nie ma, tylko dziesiątki łóżek w małych salkach. Jest za to siano: cały stos piętrzy się w rozklekotanej szopie, obok starej pralki i kilku worków z ciuchami.

    Ciuchy, w stanie dobrym, przywiozła do Betlejemu Straż Miejska. Komuś nie były potrzebne, w Betlejem wszystko się przyda. Co chwila trzeba kogoś doprowadzić do ładu, umyć, ubrać. W Betlejemie, w warszawskich Włochach, nie ma też pastuszków. Tamci pastuszkowie, choć ubodzy, pewnie jakieś schronienie mieli, może nawet domy... A ci tutaj to nie tylko domów nie mają, ale i zdrowia. A czasem nogi, albo ręki. Kuśtykają do Betlejem na tej jednej nodze, gdy zaczynają się mrozy, albo przywozi się ich z melin. Zapitych i zawszonych. Tu mają co jeść, gdzie spać. Mają dom: Dom Chleba. I mają też księdza, co raz w tygodniu odprawi Mszę św. Ta Msza jest dobrowolna, bo nie każdy mieszkaniec Betlejemu w Betlejem wierzy. I mają Agnieszkę i Andrzeja: „zarządców” i „administratorów”. Stan cywilny: rodzina nieświęta. Stan uduchowienia: w drodze, choć na prostej. Stan portfela: zero. Wspólnota: Chleb Życia.

    Filmowe życie Andrzeja
    Andrzej na swojej podopolskiej wsi to był najlepszy w dzwonieniu dzwonkami. Ministrantowali tam wszyscy, łobuzowali niektórzy. Z czasem ministranckie dzwonki Andrzeja dzwoniły coraz ciszej, łobuzerka była głośniejsza. Piwko, kumple i imprezki. Carpe diem i do przodu. Elektryk z wykształcenia, z serca narwaniec i lekki wariat. Rodzina – ojciec i siostry – mogła mieć tylko nadzieję... Pierwsza praca we Wrocławiu, życie towarzyskie, czasem kościół. Bo Andrzej do Boga i wtedy jakiś respekt miał. A poza tym miał pannę, co go ciągnęła na niedzielne Msze. Potem, za pracą, wyjechał na Zachód.

    A tam była nie tylko bieda, ale i samotność. Dno. Był rok 2001, Andrzej miał 25 lat. – Języka nie znałem, pracy nie było. Przechodziłem obok kościoła i patrzę – rekolekcje. Kościół był polonijny, śpiewali po polsku. I tak fajnie grali na bębnach – opowiada, najpierw urywając co drugie słowo, za chwilę gładko i składnie. Jak mówi, do gadania się nie nadaje. – Przygarnęli mnie, choć bębniłem... strasznie. Gdy po jakimś koncercie byłem z siebie wyjątkowo dumny, okazało się, że ktoś ściszył mikrofon… Dobrze mi tam było. Wierzyłem w fajny klimat, w ludzi.

    Gdy „zarażony” wspólnotą Andrzej wraca do Polski, długo szuka tamtej atmosfery. Nie znajduje. Za to przypadkiem ogląda krótki reportaż: o chłopaku, co pomaga biedakom. Andrzej o chłopaku nie zapomina, ale przypomina sobie dawne ścieżki. Nawet kiedy słyszy o Jezuickim Wolontariacie Europejskim i idzie na „rozmowę kwalifikacyjną”, jest na gigantycznym kacu. Jakimś cudem zostaje w projekcie. W skrócie: jest odcięty od świata, mieszka w komunie, pracuje nad duchem i ciałem. Żeby żyć z najbiedniejszymi. Jak tamten chłopak z filmu.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół