• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Oswajanie śmierci

    Marcin Jakimowicz

    |

    GN 44/2009

    dodane 28.10.2009 20:08

    Zakonnik podszedł do umierającego brata, poklepał go po ramieniu i rzucił: „Trzymaj się”. A tamten jęknął: „Łatwo powiedzieć”. Czy da się zajrzeć śmierci w oczy bez histerii i panicznego strachu? Czy można na nią czekać spokojnie, sącząc coca-colę?

    W naszym mieście, Sztokholmie, 90 proc. zmarłych jest poddawanych kremacji. Ponad 45 proc. urn z prochami pozostaje nieodebranych przez rodziny. W ostatnim czasie zauważyliśmy ogromną liczbę pochowków bez żadnej specjalnej ceremonii – opowiadał w programie „Raport Specjalny” Boerje Olsson, dyrektor techniczny cmentarza. – Pracownicy krematorium nie wiedzą, czyje zwłoki spalają. Znają tylko numer identyfikacyjny nieboszczyka. W wielu środowiskach pojawiają się głosy, jak najlepiej ekonomicznie wykorzystać fakt masowych kremacji. Czy do ogrzewania własnego budynku, jak w naszym krematorium, czy też, jak w drugim sztokholmskim krematorium, jako podłączenie do systemu ogrzewania miasta, co jest lepszym rozwiązaniem.

    Dramat. Czy można umierać inaczej? Żyjemy w kulturze, która na słowo „śmierć” reaguje histerycznie. I pakuje ją albo w „Powrót żywych trupów”, albo w żenujące prowokacje Marilyna Mansona. Kultura śmierci nie mówi o śmierci, bo się jej panicznie boi. Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: śmierć została pokonana. Co wcale nie znaczy, że poklepują ją po ramieniu i nie wycierają łez nad grobami bliskich. Trudno pisać o śmierci, a jeszcze trudniej jej zakosztować. Znajomy muzyk neofita paradował przed laty po ulicach w koszulce „Ready to die” (Gotowy, by umrzeć). Do czasu, gdy jego rodzina otrzymała list z pogróżkami. Ktoś napisał, że wydano na nią wyrok śmierci. Wisielczy humor? Poważna groźba? Nie wiadomo. Wystarczyło, by znajomy przestraszył się i przestał udawać chojraka. Schował koszulkę do szafy.

    Czekał, sącząc coca-colę
    Gdy pierwszy raz zapukałem do nietypowego klasztoru kapucynów na katowickim Załężu, zafascynowała mnie rozmowa braci. Przy stole siedziało trzech brodatych zakonników, którzy przed laty zamieszkali w brudnym, odrapanym familoku. Nie przyjmują pieniędzy za posługi duchowe, a gdy są głodni, żebrzą po domach o chleb. Jeden z nich czuł się bardzo słabo. – Tomek od dawna opowiada o tym, jak ma wyglądać jego pogrzeb – rzucili bracia. – Da się oswoić śmierć? – pytam brata Tomasza Regiewicza – Tak. Da się. Ktoś może powiedzieć: mówię tak, bo mam dopiero czterdzieści kilka lat i śmierć nie zagląda mi codziennie w oczy. Ale kto wie? Nie znamy dnia ani godziny. Nie wiem, czym jest śmierć. Nie będę tego wiedział aż do chwili, gdy sam będę umierał. To jednorazowe doświadczenie. Widziałem jednak ludzi gotowych na śmierć. W Krakowie mieszkał brat Romuald – święty człowiek. Miał ponad dziewięćdziesiąt lat. Był pogodny, przygotowany, czekał.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół