• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Szkoła? Nie, dziękuję

    Leszek Śliwa

    |

    GN 35/2007

    dodane 29.08.2007 11:19

    Czy wiesz, że masz prawo nie posyłać swego dziecka do szkoły i uczyć je samodzielnie w domu? Są w Polsce ludzie, którzy tak robią od lat. I nie żałują

    Boję się posyłać Łukasza do szkoły. Jest taki wątły, ma dysleksję. Inni uczniowie mu dokuczają, a nauczyciel, który ma ponad trzydzieścioro dzieci w klasie, nie jest w stanie poświęcić mu więcej uwagi niż innym. Na poziomie szkoły podstawowej moglibyśmy z żoną uczyć go sami, ale nic z tego, przecież w Polsce istnieje obowiązek szkolny, więc nie mamy wyjścia – często można usłyszeć rodziców, którzy tak mówią. – Mało kto wie, że obowiązek szkolny można realizować poza szkołą. Gwarantuje to konstytucja i ustawa „O systemie oświaty” z 7 września 1991 r. Inna sprawa, że wciąż jest w Polsce wielu urzędników, którzy uważają, że wiedzą lepiej od nas, rodziców, jak powinniśmy wychowywać nasze dzieci – mówi Marek Budajczak, prezes Stowarzyszenia Edukacji Domowej.

    Trudny los pioniera
    Wszystko zaczęło się na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy dr Marek Budajczak, pedagog i badacz edukacji pracujący na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, postanowił wraz z żoną wziąć wykształcenie dzieci w swoje ręce. – Po prostu napisałem podanie do dyrektora szkoły, powołując się na ustawę z 1991 roku. Nie miał wyjścia i musiał się zgodzić – opowiada.

    Budajczak opracował dla dzieci własny, autorski program nauczania. Dziś Emilia i Paweł są już dorosłymi ludźmi. Na wiosnę pomyślnie zdali amerykańską maturę, uprawniającą ich do studiów na dowolnej uczelni w USA. Niestety, nie mogą studiować w Polsce. Jako absolwenci czwartej (Emilia) i trzeciej (Paweł) klasy podstawówki nie mają prawa przystąpić do polskiej matury. – To rezultat konfliktu pomiędzy nami a lokalnymi władzami oświatowymi – tłumaczy Budajczak.

    Dyrektor szkoły ma obowiązek wyznaczyć kryteria sprawdzania wiadomości uczniów uczonych poza szkołą. – Problem polega na tym, że nie ma ogólnych przepisów i każdy dyrektor może decydować o tym sam. Nasz, wbrew prawu, wyznaczył coroczne egzaminy składające się z wielu dziesiątek pisemnych i ustnych pytań – opowiada Budajczak.

    Początkowo jego dzieci przystępowały do tych sprawdzianów. Po paru latach pan Marek stwierdził jednak, że szkoła zbyt wiąże mu ręce. Szczegółowe egzaminy co roku sprawiały, że nie mógł realizować swojego programu. Rezultat był taki, jakby jego dzieci były uczniami szkoły, tylko musiały nadrabiać zaległości z powodu nieobecności. – Nie po to zdecydowałem się na domową edukację.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół