• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Uśmiech Papieża

    opowieść o Janie Koczywąsie (spisał Marcin Wójcik)

    |

    GN 13/2007

    dodane 02.04.2007 14:30

    Stwierdzenie śmierci mózgu było wyrokiem. Ale niezbadane są wyroki Boskie

    Państwo Jan i Anna Koczywąsowie mieszkają we wsi Michowice koło Skierniewic. On prowadził własną firmę, ona jest nauczycielką. Całym światem są dla nich dzieci: Karolina, Maria i Jakub. Spokojne życie w tragedię zamienił piecyk grzewczy.

    „Nie mogę usnąć”
    30 listopada 2005 r. Jan Koczywąs, kierowca TIR-a, po długiej podróży zatrzymał się na nocny odpoczynek na parkingu w Piotrkowie Trybunalskim. Z jesiennymi przymrozkami w kabinie samochodu dobrze sobie radzi piecyk zwany pospolicie „słoneczkiem”. – Późnym wieczorem zadzwoniłam do męża – wspomina pani Anna. – Pamiętam, że jego ostatnie słowa brzmiały – „nie mogę usnąć”. Dzień później urwał się kontakt z mężem pani Anny. Zaniepokojona żona pojechała na parking w Piotrkowie. Tam znalazła nieprzytomnego męża zamkniętego w kabinie. – Jakiś mężczyzna pomógł mi wybić szybę i otworzyć drzwi. Zaraz przyjechała karetka. Lekarz powiedział, że to jego ostatnie chwile – mówi ze łzami w oczach pani Anna.
    Jan Koczywąs zatruł się tlenkiem węgla. Stężenie tlenku węgla w organizmie było tak duże, że pacjent nie powinien doczekać dojazdu do szpitala.

    „Proszę pomyśleć o narządach”
    Mijały dni i tygodnie. Pan Jan wciąż nie wybudzał się ze śpiączki. Lekarze ze specjalistycznego szpitala w Łodzi nie dawali rodzinie nadziei. Jak refren powtarzali: „Jeśli zdarzy się cud i pacjent przeżyje, to na zawsze pozostanie roślinką”. Dodatkowo pojawiły się komplikacje i nowe choroby: sepsa, śmiertelnie niebezpieczne zapalenie płuc. Kolejne badanie wykazało śmierć mózgu. – Lekarz prowadzący zasugerował, abym w najbliższym czasie pomyślała o zgodzie na przeszczep narządów – wspomina Anna Koczywąs.
    O cudowne uzdrowienie dla Jana modliło się wielu ludzi. – Kiedyś zupełnie obca osoba przysłała mi obrazek z relikwiami Jana Pawła II. Zawiozłam ten obrazek do szpitala i postawiłam obok łóżka Jasia. Kiedy lekarze powiedzieli, że śmierć mózgu oznacza koniec, poszłam do Jasia i z płaczem upadłam przy jego łóżku. Wtedy spojrzałam na ten obrazek, a Ojciec Święty uśmiechnął się do mnie i powiedział mi w sercu: „Nie martw się, a wszystko będzie dobrze”.

    „Daj mi pić”
    Po dwumiesięcznej śpiączce Jan Koczywąs zaczął dawać oznaki życia. 28 stycznia 2006 r. niespodziewanie powiedział do córki: „Daj mi pić”. Z medycznego punktu widzenia Jan Koczywąs miał nikłe szanse, by przeżyć i żadnych, by wrócić do zdrowia. – Dla mnie i moich kolegów ta historia jest cudem – mówi lek. med. Maria Klemba-Borek ze Skierniewic. Dziś pan Jan ma tylko niewielkie problemy z chodzeniem. Mówi, czyta, wszystko i wszystkich pamięta. – W moim życiu i życiu mojej rodziny nastąpiło całkowite przewartościowanie. Wiem, że to Bóg mnie uzdrowił za wstawiennictwem Jana Pawła II – mówi ze łzami w oczach pan Jan. – Nie żałujemy tych wszystkich tragicznych chwil, bo one pokazały nam, kto w życiu jest najważniejszy. Anna Koczywąs w styczniu tego roku spotkała się w Krakowie z kardynałem Stanisławem Dziwiszem. Zabrała ze sobą kompletną dokumentację medyczną, w której były tylko śmiertelne diagnozy. Kardynał Dziwisz wysłuchał wzruszającego świadectwa. Być może dotrze ono do Watykanu jako świadectwo uzdrowienia za wstawiennictwem Papieża Polaka.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół