• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Przyrzekłam na antenie

    rozmowaz Anną Sekudewicz

    |

    GN 49/2006

    dodane 04.12.2006 15:24

    Rozmowa z Anną Sekudewicz,dziennikarką Radia Katowice, uhonorowaną w 2004 roku radiowym Noblem – „Prix Italia” za reportaż „Cena pracy”o tragediach na śląskich kopalniach

    Barbara Gruszka-Zych: Co rzucało Ci się w oczy, kiedy przyjeżdżałaś zbierać materiał na kopalniach?
    Anna Sekudewicz: – Przede wszystkim to, że górnicy nie chcą mówić. Przeszkadza im w tym strach. Do tego stopnia, że rozmówca mojej koleżanki prosił, żeby zmieniono mu głos. A przecież jeśli chcemy pokazać prawdę o nich – musimy najpierw ich wysłuchać. Przy okazji naszej rozmowy chciałabym przedstawić taki postulat skierowany właśnie do górników, żeby otwierali się przed dziennikarzami. Rozumiem, że boją się o swój byt. Ja zwinę kable, pojadę do domu, a oni zostaną bez pracy... Ale tylko wtedy, kiedy zarejestrujemy więcej takich odważnych głosów, będziemy mogli coś zmienić, nagłaśniając je.

    Przygotowując reportaż o tragedii w kopalni „Jas-Mos” w Jastrzębiu, odbyłaś dziesiątki rozmów. Mówiłaś, że to była próba dziennikarskiego śledztwa...
    – To, co znalazło się w reportażu, było tylko cząstką rozmów, które odbyłam z górnikami. Jedno jest pewne: we wszystkich ich wypowiedziach powtarza się ten sam schemat. Mówią o wielokrotnym i często świadomym łamaniu przepisów na dole. Wszystko to robi się pod pretekstem podnoszenia wskaźników ekonomicznych. Kiedy słucham teraz argumentów górników, które znalazły się w minireportażu spod „Halemby” mojej radiowej koleżanki Gabrysi Kaczyńskiej, to wydaje mi się, że słyszę dokładnie to samo. Padały wtedy i powtarzają się teraz najgorsze oskarżenia. Że na kopalniach panuje układ mafijny, że robi się wszystko, żeby był jak największy zysk. Jak mówiły żony górników, kiedy ma przyjechać Wyższy Urząd Górniczy albo inspekcja pracy, to wszyscy stają na głowie, szaleją. A na drugi dzień, po ich wyjeździe, wszystko wraca do starego porządku.

    Ktoś może zarzucić dziennikarzowi, że posługuje się wiadomościami z drugiej ręki.
    – Oczywiście, nie jesteśmy bezpośrednimi świadkami tych wydarzeń, to są tylko głosy ludzi, którzy nam o wszystkim opowiadają. Ale czy można założyć, że wszyscy mówią nieprawdę? Gdyby takie zarzuty przedstawiało tylko kilka osób na jednej kopalni... Ale ci ludzie mówią jednym głosem! Czy jako dziennikarz mogę wszystkie te tak podobne relacje w ciągu tylu lat ignorować?

    Kiedy zaczęłaś zajmować się kopalniami?
    – To był 2003 rok. Do reportażu o tragedii w „Jas-Mosie” robiłyśmy z Anną Dudzińską mnóstwo nagrań nie tylko w Jastrzębiu, ale i w kopalni „Sośnica”, gdzie też był podobny wybuch metanu, a także w Bielszowicach. Starałam się też śledzić, kiedy koledzy robili podobne materiały. I teraz, kiedy poszli nagrywać pierwsze relacje z „Halemby”, to zorientowałam się, że mam do czynienia z tym samym. Zaczęli dzwonić do mnie pracownicy rozgłośni z całej Polski, mówiąc, że chcą powtórzyć naszą „Cenę pracy”. Argumentowali, że puszczają ten reportaż, bo był proroczy. Powiedziałam, że ten reportaż nie był proroczy, ale najwyraźniej ujawnił te mechanizmy, które ciągle działają w naszym górnictwie.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół