• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Ryż Pol Pota

    Jacek Dziedzina

    |

    GN 35/2010

    dodane 02.09.2010 08:48

    Niedawny proces Czerwonych Khmerów w Kambodży był symbolicznym rozliczeniem z okrutną dyktaturą. Pierwszy raz w historii przed między¬narodowym trybunałem sądzono reżim komunistyczny.

    Komunizm nie miał swojej Norymbergi. Na ławie oskarżonych społeczność międzynarodowa nigdy nie chciała, nie mogła lub nie zdążyła posadzić takich zbrodniarzy, jak Lenin, Stalin, Mao, Che Guevara, Castro, czy wielu komunistycznych kacyków z Europy Środkowo-Wschodniej. Były pojedyncze procesy lub próby rozliczeń w poszczególnych krajach. Nigdy jednak społeczność międzynarodowa, głosem sędziów ONZ-owskiego trybunału, nie powiedziała jasno i wyraźnie: komunizm w każdej postaci i w każdym kraju był i jest systemem zbrodniczym.

    Proces Czerwonych Khmerów, odpowiedzialnych za zagładę blisko 2 milionów osób, jest spóźnioną próbą wypełnienia tej luki w świadomości historycznej. Na ławie oskarżonych nie zasiadł jednak główny autor khmerskich zbrodni, zmarły w 1998 roku Saloth Sar, znany w świecie jako Pol Pot. Były mnich buddyjski, miłośnik poezji, student paryskiej Sorbony, niedoszły inżynier, wielbiciel filozofii Sartre’a. W jednym z ostatnich wywiadów na pytanie dziennikarza, czy chciałby przeprosić za cierpienia, jakie spowodował, wyraźnie zbity z tropu Pol Pot zwrócił się do tłumacza: „Mógłbyś, proszę, powtórzyć pytanie?”.

    Orwell „na żywo”
    „Wszyscy jesteśmy równi, ale niektórzy umieją lepiej widzieć w mroku. Pozwólcie nam, którzy widzimy w mroku trochę lepiej, pójść przodem”. Cytat z „Roku 1984” Orwella? Ciepło. To fragment manifestu Czerwonych Khmerów, którzy proroctwo brytyjskiego pisarza wypełnili z wyjątkową dokładnością, i to dużo wcześniej, niż przewidywał autor nie takiej znowu utopii. W kwietniu 1975 roku walcząca dotąd w dżungli partyzantka, złożona głównie z kilkunastoletnich chłopców dowodzonych przez rewolucjonistów, w połowie posiadających dyplomy paryskich uczelni, wkroczyła do stolicy Kambodży, Phnom Penh.

    Obaliła w ten sposób proamerykańską dyktaturę generała Lon Nola (tego, którego Kissinger tak charakteryzował Nixonowi: „Lon Nol – wiemy o nim tyle, że jego imię i nazwisko pisane od tyłu brzmi tak samo”). Większość społeczeństwa zmęczonego długoletnią wojną wietnamską i domową, wyczerpana zwłaszcza po milionach ton zrzuconych amerykańskich bomb, witała z nadzieją nowych przywódców. Jeden ze szwedzkich reporterów tak opisał wkroczenie Czerwonych Khmerów: „Dla przybysza ze Szwecji był to wspaniały widok. Nigdy wcześniej w życiu nie przeżyłem tak pięknej sceny. Byłem szczęśliwy, czułem ulgę i poruszony tym, co widzę, nie potrafiłem powstrzymać łez”. To była ostatnia depesza z Kambodży. Później zamilkły wszystkie telefony i radiostacje.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół