• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Tylko na filmach wyją psy

    Jarosław Dudała

    |

    GN 31/2010

    dodane 05.08.2010 11:12

    Nie musiałam stracić męża, żeby wiedzieć, że małżeństwo było czymś najlepszym, co mi się w życiu przydarzyło – mówi żona poległego w katastrofie smoleńskiej wiceministra kultury Tomasza Merty.

    Po katastrofie ukazało się sporo wspomnień o Tomaszu Mercie. Pisano: intelektualista, historyk idei. Cytował z pamięci Platona i Tocqueville’a. Konserwatysta. Miłośnik I Rzeczypospolitej i USA. Obrońca idei polityki historycznej. A jednocześnie urzędnik, wiceminister kultury, główny konserwator zabytków – tak dobry, że chciały go mieć w swoim rządzie i PIS, i PO. Minister kultury Bogdan Zdrojewski mówi, że Tomasz Merta łączył kompetencje, które rzadko idą w parze. – Był świetnie wykształcony, ale posiadał też umiejętności praktyczne. Twardo chodził po ziemi. Był bardzo twórczy, kreował projekty. Potrafił też czytać dokumenty prawne. Dobrze poruszał się poza granicami naszego kraju – wylicza minister Zdrojewski. A jaki był Tomasz Merta poza uniwersytecką katedrą i ministerialnym gabinetem?

    Karetka nie dojechała
    Urodził się w Legnicy. Dlaczego tam? – Bo karetka nie zdążyła dojechać do Wrocławia – mówi żona Tomasza Merty Magdalena. Liceum ukończył w Kielcach. Potem były studia w Warszawie, na polonistyce. – Tam się poznaliśmy – mówi Magdalena Merta, i opowiada, jak podczas wykładu czytała pod ławką Trumana Capote’a, gdy poczuła dotknięcie w ramię. – Co czytasz? – spytał chłopak z tylnej ławki. A gdy uzyskał odpowiedź, odparł: – Świetne, czytałem. Czy to był Tomasz Merta? Być może. Zawsze mnóstwo czytał – przeczytał wszystko, co wydano drukiem w I Rzeczypospolitej. Jego biblioteka, znajdująca się na ostatnim piętrze warszawskiego domu, dosłownie wylewa się na klatkę schodową kaskadą półek i półeczek. Problem jednak w tym, że Mertowie nie zapamiętali dokładnie sceny na wykładzie i nie byli pewni, czy to było ich pierwsze spotkanie, czy też wielbicielem Capote’a z tylnej ławki był kolega Tomasza, Grzegorz.

    Na studiach Tomasz zainteresował się buddyzmem. Jeździł do Indii, poznawał klasztory, tłumaczył z sanskrytu pisma buddyjskie. – To była raczej intelektualna fascynacja, nie religijna – wspomina Magdalena Merta, dodając, że interesując się filozofią Wschodu, Tomasz nie utracił wyniesionej z domu wiary katolickiej. W końcu porzucił buddyzm, widząc, że przeszczepiony na europejski grunt służy najczęściej tumanieniu młodych ludzi przez różne sekty. – Umierał z podarowanym mu przez córkę obrazkiem „Jezu, ufam Tobie”. Oddano nam go w Mińsku jakiś miesiąc po katastrofie. Byliśmy tym zszokowani, bo nie wiedząc, że się odnajdzie, taki sam włożyliśmy mu do trumny. Umierał też pewnie z różańcem, bo zawsze miał go przy sobie. Był bardzo maryjny. Dlaczego? Nie wiem, nie mówił o tym – opowiada Magdalena Merta. – Nie szukaliśmy wspólnot, takich jak np. neokatechumenat. Tomek był tylko luźno związany z Opus Dei. Najbardziej jednak lubiliśmy zwykłe parafialne Msze – dodaje.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół