• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Rodzina w koszyku

    Tomasz Rożek

    |

    GN 40/2009

    dodane 06.10.2009 11:32

    Od kilku dni oficjalnie obowiązuje koszyk usług medycznych. A więc spis tego wszystkiego, za co pacjent nie musi płacić, wybierając się do lekarza.

    W lipcu prezydent Lech Kaczyński podpisał ustawę o koszyku świadczeń medycznych. Kilka tygodni później Ministerstwo Zdrowia opublikowało odpowiednie rozporządzenia. Na razie system jedzie na pierwszym biegu, ale to i tak sukces, że w ogóle ruszył.

    Wiemy co, nie wiemy za ile
    Po to, by całość zrozumieć, potrzebnych będzie sporo analogii. Nad koszykiem prace rozpoczął nieżyjący już minister zdrowia w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniew Religa. Sporządził listę, ale nie wycenił poszczególnych jej pozycji. Przy stole siedzi ojciec, matka i dwójka dzieci. Każdy ma jakieś wymagania. Syn chce jechać na narty, córka chce na studia, żona do fryzjera, a ojciec chce kupić nowy samochód. Czy stać ich na to? Muszą sporządzić „koszyk”. Zastanowić się, na co – biorąc pod uwagę swoje dochody – mogą sobie pozwolić. Koszyk Religi mówił, jakie są opcje, ale ich nie wyceniał. Ojciec wiedział, że syn chce jechać na narty. Nie wiedział jednak, ile może na to przeznaczyć pieniędzy. A przecież koszty wyjazdu na narty do Wisły i w Alpy są diametralnie różne.

    To samo dotyczy kupna nowego samochodu. Chodziło o małego fiata czy sportowego jaguara? Ojciec pewnie wolał jaguara, ale nie wiedział, ile kosztuje. A studia? Katowice czy Oksford? Dlaczego koszyk Religi nie zawierał cen? – bo do tego konieczne było stworzenie tzw. jednorodnych grup pacjentów – mówi „Gościowi” prof. Marian Zembala, wybitny kardiochirurg i przewodniczący Rady Naukowej przy Ministrze Zdrowia. Co to takiego? Leczenie chorych z chorobami współistniejącymi, takimi jak niewydolność nerek, cukrzyca, przewlekłe choroby płuc, choroby nowotworowe, także chorych starszych powyżej 70. roku życia jest trudniejsze, a więc i droższe niż osób bez tych schorzeń. Po to, by kalkulacja finansowa była wiarygodna, trzeba było podzielić wszystkich pacjentów na grupy. Dopiero teraz większy wkład pracy jest wyceniany wyżej. Jednorodne grupy pacjentów działają w Polsce od roku 2008.
    Wiemy co, wiemy za ile

    Od pierwszych dni września działa rozporządzenie Ministra Zdrowia, w którym gwarantowane usługi medyczne nie tylko są wymienione, ale także skalkulowane. Wracając do analogii rodziny. Teraz rodzice mają świadomość ceny. Decydują, że studia w Oksfordzie są za drogie, ale córka może zamiast w Katowicach studiować w Warszawie. Z kolei syn nie ma co liczyć na wyjazd w Alpy. Może dostać pieniądze na szusowanie w polskich górach. No chyba że dołoży ze swojego kieszonkowego. – Koszyk jest wyliczony na granicy. Jest większy niż w Czechach, nieco większy – w niektórych zapisach, np. onkologicznych czy ortopedycznych – niż w Niemczech. Dzisiaj jednak jest na granicy pęknięcia – ostrzega prof. Zembala.

    Wróćmy do rodziny siedzącej przy stole. Rodzice trzymający rękę na pieniądzach rozdzielili je tak, by nie zabrakło ich w domowym budżecie. Każdy otrzymał jakąś obietnicę (to ten koszyk gwarantowanych świadczeń), po czym sąsiadowi z góry pękła rura. Mieszkanie zostało zalane, a to oznacza nieprzewidziane wydatki. Rodzice starają się nie odbierać dzieciom tego, co już obiecali, ale gdy ich budżet pęknie, będą do tego zmuszeni. Czynników, które mogą rozsadzić budżet, jest wiele. Jednym z nich jest cały czas zwiększająca się konsumpcja leków refundowanych, za które częściowo lub w całości płaci budżet państwa. Ten wzrost w tym roku wyniósł aż 14 proc. – Niepokojąco dużo, dokładnie o 467 mln złotych więcej, w tym roku musimy wydać na leki. Czesi mieli wzrost o 3 proc. W Polsce to wynik jakiegoś niebezpiecznego lobbingu – zauważa prof. Zembala. To niebezpieczne, bo szpitale z konieczności dostaną mniejsze kwoty na leczenie. Dodatkowo leki w Polsce są jednymi z najdroższych w Unii. – Mieszkańcy Zaolzia wiedzą, że prawie każdy antybiotyk w Polsce kosztuje dwa razy więcej niż w Czechach – tłumaczy prof. Zembala i dodaje: –Kilka lat temu cena jednej ampułki podstawowego leku do znieczuleń w Polsce wynosiła 700 zł, w Niemczech 92 zł, w Słowenii 48 zł.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół