• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Konserwa strasburska

    Jacek Dziedzina

    |

    GN 27/2009

    dodane 06.07.2009 10:29

    Konserwatyzm to nie znaczy zawsze to samo. Widać to wyraźnie w składzie nowej frakcji konserwatywnej w Parlamencie Europejskim.

    Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy. Taką nazwę przyjęła grupa 55 europosłów po ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego. W jej skład wchodzą brytyjska Partia Konserwatywna (torysi), czeska Obywatelska Partia Demokratyczna (ODS), Prawo i Sprawiedliwość oraz kilka innych mniejszych partii, m.in. z Holandii, Łotwy i Węgier. – Łączy nas sprzeciw wobec pogłębiania integracji politycznej i przekonanie, że Europa powinna zwiększać pole wolności gospodarczych – mówi „Gościowi” Adam Bielan z PiS, główny architekt nowej koalicji. Ale dzieli ich więcej, niż są w stanie przyznać.

    „Nie, nie” i „nie, ale”
    Brytyjscy konserwatyści od kilku lat zapowiadali, że opuszczą ławy Europejskiej Partii Ludowej, największej frakcji w europarlamencie. Rozstanie z chadekami miało być konsekwencją kursu, jaki obrali torysi: sprzeciwu wobec traktatu lizbońskiego i niezgody na stopniowe przekształcanie UE w USE, czyli Stany Zjednoczone Europy. David Cameron, przywódca torysów, zapowiedział, że jeśli wygra wybory, a traktat z Lizbony jeszcze nie wejdzie w życie, rozpisze referendum (czego nie zrobiła rządząca Partia Pracy) dotyczące jego ratyfikacji. Biorąc pod uwagę sceptycyzm Brytyjczyków do tego dokumentu, prawie na pewno zostałby odrzucony.

    W ten sposób powtórzyłby się scenariusz z Irlandii. Sceptycyzm wobec Lizbony wyrażało także zaplecze polityczne prezydenta Czech Vaclava Klausa. ODS nie kryło się raczej z niechęcią do tego traktatu, choć podczas głosowania nad ratyfikacją w czeskim parlamencie nastąpił podział w samej partii: część głosowała za, część przeciw. Nawet premier Miroslav Topolanek, choć krytyczny wobec reformy lizbońskiej, namawiał swoją partię do głosowania za jej wprowadzeniem. Musi wygrać pragmatyzm, nie możemy zostać na peryferiach Unii – mówili „sceptycy, choć realiści” czescy. Zatem w przeciwieństwie do brytyjskich konserwatystów, którzy mają sprzymierzeńców w większości społeczeństwa, czescy koledzy poświęcili swoje przekonania na rzecz społecznej akceptacji.

    Co w PiS-ie piszczy
    W podobnej sytuacji jest Prawo i Sprawiedliwość. Krytyka zapisów traktatu z Lizbony nie przeszkodziła temu, by oficjalnie poprzeć dokument. Lech Kaczyński ogłosił nawet, że jego kształt jest sukcesem negocjacyjnym Polski. – Ustaliliśmy, że Polska nie powinna blokować ratyfikacji traktatu lizbońskiego, ale nigdy nie ukrywaliśmy swojego krytycznego stosunku do tego dokumentu, bo nie jest rozwiązaniem problemów, które tkwią w UE – mówi „Gościowi” Konrad Szymański z PiS. – Integracja polityczna, robiona na zasadzie jak najwięcej, jak najszybciej, nie jest naszym poglądem na Europę – dodaje europoseł z Wielkopolski. Dlaczego zatem oficjalnie PiS popiera Lizbonę, podczas gdy brytyjscy koledzy są bardziej jednoznaczni? – Brytyjska opinia publiczna jest bardziej stanowcza i krytyczna w tych ocenach. I Cameron reprezentuje tę opinię. My musimy myśleć razem z Polakami, a Polacy są mniej krytyczni, nie ma więc powodów, by proponować rozwiązania, które by szły zbyt daleko z polskiego punktu widzenia – tłumaczy Szymański.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół