• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Rodzice za drzwiami

    Piotr Legutko, dziennikarz, działacz oświatowy

    |

    GN 18/2009

    dodane 06.05.2009 01:10

    Debaty, jakie toczą się wokół edukacji sześciolatków, podstawy programowej, nauczania historii w szkole czy listy lektur są bardzo ważne. Ale kampanie medialne „na rzecz” lub „przeciw” niewiele dadzą, jeśli nie wrócimy do zasadniczej debaty o polskiej edukacji jako systemie, który jest niewydolny.

    Mamy dziś do czynienia z sytuacją paradoksalną. Oto państwo broni jak niepodległości administracyjno-biurokratycznego nadzoru nad oświatą, a nie chce, albo nie potrafi prowadzić sensownej polityki edukacyjnej. Pozyskuje od nauczycieli i dyrektorów gigantyczną ilość informacji, ale nie jest w stanie ich wykorzystać. Przeznacza na oświatę ogromne sumy, a w szkołach brakuje pieniędzy na wszystko.

    Z dobrą szkołą mamy do czynienia tylko wtedy, gdy na skutek korzystnego układu gwiazd, szczypty tradycji, no i zaradności dyrektora udaje się zgromadzić najlepszy z możliwych zestaw nauczycieli, z którymi dobrze współpracują rodzice. Do takiej szkoły, jak pszczoły do miodu, zlatują się najzdolniejsi uczniowie i już mamy edukacyjny sukces. Nie jest to jednak reguła. Częściej wyjątek. Co do zasady, za wyniki ucznia odpowiada dom. A państwo zajmuje się głównie administrowaniem szkołą, traktowaną jak urząd i zakład pracy nauczycieli. Dlatego w centrum zainteresowania kolejnych ministrów nie jest uczeń, lecz sama instytucja, zaś partnerem do rozmów o szkole nie są rodzice, pracodawcy czy akademicy, lecz wyłącznie związki zawodowe.

    Pozorna decentralizacja
    Nic zatem dziwnego, że przy nowelizacji ustawy oświatowej najwięcej emocji polityków – poza sprawą sześciolatków oczywiście – budziły dwie kwestie: kto będzie prowadził szkoły i na jakich zasadach będą w nich zatrudniani nauczyciele. Obie traktowane instrumentalnie, politycznie. I nawet nikomu nie przyszło do głowy, że dla rodziców i uczniów, są to kwestie drugorzędne, a sam problem (zagrożenie masową prywatyzacją) jest od początku do końca wydumany. Oświata to nie służba zdrowia. Samorządom, które odpowiadają za prowadzenie szkół, może i nawet marzyliby się partnerzy, którzy za publiczne subwencje braliby sobie na głowę zarządzanie tym kłopotem, ale kolejki chętnych jakoś nie widać. Przyjęty w efekcie politycznych targów przez sejm zapis dotyczący przekazywania szkół jest klasycznym przykładem biurokratycznego absurdu, czego dowodzi uzyskana (chyba drogą losowania?) liczba 70 uczniów, ustanowiona jako granica uspołecznienia szkoły.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół