• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Czekają na Obamę

    Julia Markowska

    |

    GN 35/2008

    dodane 04.09.2008 09:45

    Mieszkańcy Redzikowa przeżyli medialną nawałnicę. Teraz bardziej niż tarczy mają dość dziennikarzy i zamierzają w spokoju poczekać na wynik wyborów prezydenckich w Ameryce.

    Nie zamierzam się stąd wyprowadzać, chyba że nas wysiedlą przymusowo – mówi zdecydowanie pani Elżbieta, która mieszka na osiedlu przy jednostce wojskowej od 32 lat. Uważa, że skoro po sąsiedzku dogadywała się z mieszkającymi tu kiedyś rosyjskimi inżynierami, to poradzi sobie także z Amerykanami. Jednak po dłuższej rozmowie okazuje się, iż kobieta jest przerażona tym, co dzieje się kilkaset metrów od jej domu. – Wciąż pojawiają się różne plotki, ale tak naprawdę nikt z nami nie rozmawia. Miał tu przyjechać minister, ale przestraszył się ludzi i nie przyjechał. Najbardziej obawiam się reakcji Rosji na tę tarczę – wyznaje. – Zwłaszcza po tym, co wydarzyło się ostatnio w Gruzji.
    Pani Jadwiga pochodzi z Opola. Od czasu do czasu odwiedza swoją siostrę w Redzikowie. W tym roku przyjechała z wnuczką Amelką. Jak przyznają kobiety, spraw związanych z tarczą dokładnie nie rozumieją, lecz nie panikują. – Nie boję się tarczy i zamierzam tu normalnie żyć – zapewnia pani Wanda.

    Lotnisko to nasze życie
    Polski element tarczy antyrakietowej ma stanąć na terenie nieczynnego lotniska w Redzikowie. Aby wjechać na jego teren, niezbędna jest zgoda Agencji Mienia Wojskowego, właściciela terenu. Dostajemy ją, po warunkiem że nie będziemy fotografować żadnych budynków, a kresem naszej wyprawy będzie „centralna płaszczyzna postoju samolotów”, czyli wzniesienie oddzielające wyjeżdżające z hangarów samoloty od pasa startowego. Jest ona oddalona o czterysta metrów od miejsca, w którym ma stanąć instalacja. Ochroniarz, który pilnuje przestrzegania zaleceń przełożonych, objeżdża z nami dawną jednostkę. – Pracowałem tu od 1987 roku. Płakać się chce, gdy widzę zarośnięty pas startowy i jak to wszystko niszczeje – mówi. Na hangarach wiszą jeszcze stare tabliczki. „Odpowiedzialny za hangar starszy chorąży Jarosław Wesołowski” – odczytujemy napis na jednej z nich. – Od dawna jest w cywilu, a tu tak jakby zatrzymał się czas. Szkoda gadać – kwituje smutno ochroniarz.

    Lotnisko zostało zbudowane przez Niemców. Zaczęło funkcjonować w 1937 roku. 15 lat później wprowadził się tu polski pułk. Żołnierzom tu stacjonującym wyznaczono zadanie obrony polskiej granicy morskiej. W zależności od zmian ustrojowych zmieniał się potencjalny agresor. Do 1989 roku były nim Stany Zjednoczone i NATO, później granic broniono przed Rosją. – Byliśmy jedną z najlepiej wyszkolonych i zaopatrzonych w sprzęt jednostek w kraju – przekonuje kpt. rez. Bronisław Nowak, pilot, który całe swoje zawodowe życie przepracował w Redzikowie. – W latach 60. lataliśmy na Migach-19, w 80. na Migach-23. W tamtych czasach było to naprawdę coś wyjątkowego. Trafiali do nas piloci, którzy szkoły oficerskie kończyli z najwyższymi lokatami. Służba tutaj była dla nich zaszczytem. Niestety, to wszystko zmarnowano – pilot nie kryje rozgoryczenia.

    W Redzikowie i Słupsku mieszka też około dwustu znakomicie wykształconych techników lotniczych, którzy mają olbrzymie problemy ze znalezieniem pracy. – A przecież zamiast tarczy można by stworzyć na lotnisku bazę remontową dla samolotów cywilnych, która przynosiłaby gminie ogromne dochody. Koszt przeglądu samolotu, który wykonuje się w czasie dwóch tygodni, to milion dolarów. Mamy sześć stanowisk remontowych, więc od października do marca można by zarobić około dwunastu milionów. Niestety, fachowców nikt się o losy lotniska nie pytał – mówi kapitan Nowak.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół