• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Mówi o ludziach, a widać Boga

    rozmowa ks. Tomasza Gierasimczyka z bp Edwardem Dajczakiem

    |

    GN 26/2007

    dodane 02.07.2007 13:44

    Znany jest jako „biskup diecezji Woodstock”. Bp Edward Dajczak został właśnie pasterzem autentycznej diecezji. Ale przecież – jak sam twierdzi – Woodstock jest dziś wszędzie.

    Bp Edward Dajczak ma 58 lat. Diecezję koszalińsko-kołobrzeską obejmie kanonicznie 9 lipca. Ingres do katedry zaplanowano na 11 sierpnia

    Jestem szczęśliwcem, który wychowywał się w rolniczej rodzinie prostych w sensie wykształcenia ludzi, otoczony bardzo mądrą i wymagającą miłością rodziców – tak bp Edward Dajczak wspominał swój dom rodzinny w jednym z wywiadów. Pochodzi z Koźminka, malowniczej lubuskiej wsi położonej niedaleko Świebodzina. Państwo Zofia i Michał Dajczakowie wychowali troje dzieci.

    Żadne z nich już w Koźminku nie mieszka, ale nie opuściły diecezji. Stanisława jest księgową, Władysław – inżynierem i wiceprzewodniczącym Sejmiku Lubuskiego. Mama niedawno zmarła. Ojciec ma dziś 86 lat i mieszka u córki. – Gdy dowiedział się o nominacji, miał łzy w oczach. Bardzo sobie ceni wizyty syna. Teraz będą rzadsze. Ale w końcu, jak zawsze, powiedział, że skoro Bóg tak chciał, niech tak będzie – mówi Władysław.

    Palec Boży
    Edward do podstawówki poszedł już jako sześciolatek. Potem było Technikum Elektromechaniczne w Gorzowie Wielkopolskim. – Był zapalonym kibicem żużla i sam próbował jeździć. Nawet chciał ubiegać się o licencję zawodniczą, ale zdarzył się niegroźny wypadek i nic z tego nie wyszło. Chyba był w tym palec Boży – opowiada brat biskupa. Niedoszły żużlowiec trafił do seminarium. Mieszkańcy Koźminka nie byli zaskoczeni. – Był ministrantem, pracował w polu, pasł krowy, a jako kleryk też pomagał przy żniwach, zawsze uśmiechnięty i grzeczny – wspomina sąsiadka Stanisława Bil.

    Do dziś przechowuje wyblakłe zdjęcia z prymicji. – Gdy przyjeżdżał do rodziców, zawsze przez ministrantów zwoływał ludzi na Mszę. Miał piękne kazania. To ksiądz z powołania – nie ma wątpliwości pani Stanisława. Władysław Olender też dobrze wspomina swego sąsiada. – Żona zachorowała na stwardnienie rozsiane. On był już wtedy wikarym w Zielonej Górze. Pomógł znaleźć lekarza. Zawiózł ją tam osobiście – mówi.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół