• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Eksperyment na bank

    Eliza Michalik, dziennikarka ekonomiczna i polityczna

    |

    GN 02/2007

    dodane 10.01.2007 20:21

    Oprócz wysokich kwalifikacji i specjalistycznego doświadczenia szef banku centralnego musi odznaczać się wrodzoną złośliwością i oślim uporem. Wszystko po to, by bronić naszych pieniędzy przed zakusami polityków, nawet bardziej niż niepodległości.

    Co może prezes
    Może Skrzypek nie będzie najgorszym szefem NBP, a może będzie. I w tym właśnie rzecz: obsada prezesury NBP to zbyt poważna sprawa, żeby pozwalać sobie na ryzykowne eksperymenty.
    Narodowy Bank Polski to najważniejszy bank w kraju, a jego szef jest trzecią, po prezydencie i premierze, najważniejszą osobą w Polsce. NBP dba o system finansowy państwa i wartość polskiego pieniądza, rozlicza finanse całego kraju – w tym sprawozdania z wykonania przez rząd budżetu państwa i pieniądze samorządów, utrzymuje stabilny poziom cen, emituje pieniądz i dba, żeby miał pokrycie w towarach znajdujących się na rynku, oraz zarządza rezerwami dewizowymi, czyli oszczędnościami, które państwo trzyma w zagranicznych bankach na czarną godzinę.

    Szef NBP ma ogromną władzę. Jeśli się pomyli, ceny pójdą w górę, jeśli ulegnie wpływom populistów i zgodzi się na dodruk pieniędzy, zafunduje nam galopującą inflację i wzrost cen nawet o kilkaset procent – co znamy z PRL. Jeśli okaże się słaby i da się politykom namówić na naruszenie rezerw dewizowych kraju, to Polska będzie bezbronna w przypadku na przykład ataku terrorystycznego lub kataklizmu. Prezes NBP reprezentuje Polskę w międzynarodowych instytucjach bankowych i finansowych oraz monitoruje działalność Komisji Nadzoru Bankowego, kontrolującej funkcjonowanie wszystkich polskich banków – a zatem odpowiada za bezpieczeństwo powierzonych bankom przez klientów pieniędzy. Ta władza jest tym większa, że raz powołanego szefa banku centralnego praktycznie nie można odwołać przed upływem pełnej kadencji, czyli aż sześciu lat.

    Bank centralny jest tylko od dbania o wartość pieniądza i stabilność systemu finansowego państwa. Nie musi zarabiać. Mimo to pod rządami prof. Balcerowicza zarabiał, i to bardzo dużo. Zatrudniał najmniej pracowników ze wszystkich polskich instytucji bankowych, a równocześnie wypracowywał zysk. W ciągu ostatnich pięciu lat NBP wpłacił do budżetu ponad 15 miliardów złotych, co oznacza, że Balcerowicz zarobił dla państwa więcej niż kolejni ministrowie skarbu razem wzięci: dochody NBP od lat przewyższają dochody z prywatyzacji.

    Oprócz stosunkowo niewielkich dochodów z tytułu tzw. renty menniczej (senioraż), czyli wpływów z tytułu produkowania nowych banknotów, oraz zarobku na oprocentowaniu kredytów udzielanych bankom, NBP zarabia na lokatach dewizowych. Innymi słowy inwestuje wynoszące w ostatnich latach ponad 30 mld dolarów rezerwy dewizowe w papiery skarbowe o najwyższym poziomie wiarygodności, czyli najmniejszym ryzyku (bank ma obowiązek zapewnić rezerwom superbezpieczeństwo). Zyski prof. Balcerowicz pomnażał także, redukując koszty działania banku. Funkcjonowanie polskiego NBP kosztuje co najmniej 150 milionów złotych mniej niż funkcjonowanie banku hiszpańskiego, także jednego z najtańszych w Europie banków centralnych. Takie oszczędności udało się uzyskać między innymi dzięki temu, że jako prezes NBP Balcerowicz zarabiał kilkanaście razy mniej niż jego koledzy – szefowie banków centralnych z krajów Wspólnoty.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół