• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Rzeczpospolita filantropów

    Eliza Michalik, dziennikarka ekonomiczna i polityczna

    |

    GN 52/2006

    dodane 21.12.2006 10:42

    Wbrew temu, co wmawiają nam zwolennicy Polski solidarnej, nasz kraj wspiera ubogich, a nawet tych, co tylko ubogich udają, aż nadto hojnie. Trudno w to uwierzyć, ale na pomoc społeczną Polska wydaje więcej niż dużo od niej bogatsze kraje świata!

    A tak jest, jak jest. W 2000 roku kontrola przeprowadzona przez NIK w terenowych ośrodkach pomocy społecznej wykazała, że 90 proc. z nich „źle zaspokajało potrzeby osób spełniających ustawowe warunki otrzymania pomocy społecznej”. A mówiąc wprost: okazało się, że pieniądze, zamiast do najbardziej potrzebujących, trafiały do najbardziej zaradnych. Ludzie wyłudzają zasiłki, bo pozwalają im na to przepisy. Przykładem są regulacje dotyczące zasiłku chorobowego. Od 91. dnia zwolnienia wynosi on 100 proc. wynagrodzenia. Jeżeli zwolnienie jest krótsze, zasiłek jest aż o 20 proc. niższy. Rzecz jasna, to zachęca do jak najdłuższego pozostawania na zwolnieniu.

    Po zaostrzeniu w latach 1998 i 1999 zasad wypłaty zasiłków chorobowych przeciętna liczba dni nieobecności w pracy spadła co prawda w latach 1998–2000 o jedną trzecią, jednak wydatki na zasiłki chorobowe wciąż pozostają bardzo wysokie. Dotowany z budżetu Fundusz Ubezpieczeń Społecznych każdego roku przeznacza na ten cel kilka miliardów złotych! Szkoda, że polscy politycy nie chcą się niczego nauczyć od dużo bardziej racjonalnych Czechów.

    Tam co prawda zasiłek na początku lat 90. był wyższy niż w Polsce (70 proc. płacy przez pierwsze trzy miesiące), ale po trzech miesiącach zmniejszano go do 50 proc. (na następne 3 miesiące), a później (rzecz w Polsce nie do pomyślenia) wypłacanie się kończyło. Nie trzeba dodawać, że ponad połowa bezrobotnych znajdowała sobie pracę w ciągu pierwszych trzech miesięcy! W Polsce, gdzie zasiłki wypłacano niemal w nieskończoność, pracę w ciągu pierwszych miesięcy znajdowało zaledwie 20 proc. osób.

    Biedni dają bogatym
    Pieniądze podatników, zapisane w budżecie jako wydatki na pomoc socjalną, w praktyce pompuje się w studnię bez dna, czyli nierentowne państwowe przedsiębiorstwa. Od początku lat 90. na tak zwaną restrukturyzację (czytaj: przejedzenie) kopalń, hut oraz zakładów przemysłu zbrojeniowego i ciężkiego wydano 90 miliardów zł. A przecież za te pieniądze można by wybudować 4 tys. km autostrad! Stratą pieniędzy są również różnego rodzaju świadczenia dla poszczególnych grup zawodowych i społecznych. Wszyscy składamy się na przykład na pensje i nagrody jubileuszowe dla niepracujących górników, mających tzw. urlopy górnicze (trwają do pięciu lat), i na 90-procentowe składki na ubezpieczenie społeczne rolników. Sponsorujemy także rolników, którzy nie muszą płacić podatku dochodowego. Powoduje to absurdalną sytuację: biedniejsi finansują bogatszych. W PRL prawo do wcześniejszego przechodzenia na emeryturę posiadało aż 20 proc. wszystkich zatrudnionych. Po 1989 roku, zamiast ograniczać przywileje emerytalne, jeszcze je rozszerzono, np. o świadczenia dla pracowników zakładów zagrożonych bankructwem. Efekt? W Polsce mamy już 9 milionów emerytów i rencistów, z tym, że w ustawowym wieku 65 lat dla mężczyzn i 60 lat dla kobiet na emeryturę przechodzi zaledwie co dziesiąty pracownik. Aż 5 proc. emerytów ma mniej niż 49 lat, prawie 10 proc. – mniej niż 54 lata, a ponad połowa – mniej niż 59 lat.

    Niezrażone tym związki zawodowe (OPZZ) latem tego roku zgłosiły projekt rozszerzenia uprawnień do świadczeń pomostowych na kolejne grupy pracowników – łącznie 775 tys. osób. Wszyscy podatnicy musieliby w ciągu najbliższych kilkunastu lat wyłożyć na to około 60 mld zł. Dane GUS, z których wynika, że Polska wydaje na renty niemal najwięcej ze wszystkich krajów europejskich – aż 4 proc. PKB (dla porównania – we Włoszech 0,99 proc. PKB, w Niemczech 1,05 proc., w Hiszpanii 1,34 proc.), a liczba rencistów znacznie przewyższa liczbę osób, które uważają się za niepełnosprawne, nie przerażają jednak polityków. Oni dla wygrania kolejnych wyborów są w stanie powiedzieć każdą, nawet największą bzdurę i okradać skarb państwa, czyli nas, obywateli, w nieskończoność. Jeśli chcemy żyć w normalnym państwie, musimy zadbać o siebie sami – chodzić na wybory i głosować na tych, którzy dowiedli, że potrafią liczyć i nie obiecują zbyt dużo.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół