• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Rzeczpospolita filantropów

    Eliza Michalik, dziennikarka ekonomiczna i polityczna

    |

    GN 52/2006

    dodane 21.12.2006 10:42

    Wbrew temu, co wmawiają nam zwolennicy Polski solidarnej, nasz kraj wspiera ubogich, a nawet tych, co tylko ubogich udają, aż nadto hojnie. Trudno w to uwierzyć, ale na pomoc społeczną Polska wydaje więcej niż dużo od niej bogatsze kraje świata!

    Gdzie są pieniądze?
    70 miliardów złotych przeznaczanych każdego roku na pomoc społeczną przecieka urzędnikom przez palce. Z każdej złotówki, która teoretycznie powinna trafić do potrzebujących – w rzeczywistości trafia może 40 groszy. Reszta idzie na wynagrodzenia licznego personelu państwowych placówek pomocy społecznej, biura, sekretarki, sprzątaczki i telefony – przez które urzędnicy rozmawiają godzinami w prywatnych sprawach. Mimo to żadnemu z budowniczych „Polski solidarnej”, rozumianej jako rozdawnictwo publicznych pieniędzy, nie przyjdzie do głowy, że to oni odpowiadają za wszechobecną biedę.

    Że skrępowali wszelkie przejawy rozsądnego podejścia do gospodarki nie gorzej niż Fidel Castro na Kubie. Od lat wybieramy na przywódców państwa ludzi, którzy nawet nie wiedzą, że opluwanego przez nich „liberalizmu” (czytaj: zdrowego rozumu) jest u nas mniej niż w Ugandzie, Nikaragui czy Namibii.

    Liczby są bezlitosne: w Unii Europejskiej aż jedna trzecia świadczeń socjalnych wypłacana jest w naturze, w postaci konkretnych usług czy towarów, a dwie trzecie w gotówce. Chodzi o to, żeby nie demoralizować ubogich czy bezrobotnych, dając im pieniądze do ręki, tylko naprawdę im pomagać – choćby wysyłając na odpowiednie kursy i szkolenia, zawodowe czy językowe. W Polsce jest odwrotnie – niemal 83 procent wszystkich zasiłków wypłaca się w gotówce. Efekt?

    Często ten zasiłek zostaje wydany na alkohol, a nie na ubranie, przybory szkolne czy żywność dla dzieci. Pewnych form wspierania bezrobotnych, rozpowszechnionych nawet w krajach uchodzących za bardzo socjalistyczne gospodarczo, takich jak Dania czy Szwecja – jak dopłat do obiadów, profesjonalnej pomocy w szukaniu pracy, opłacania nauki umożliwiającej zdobycie nowego zawodu, dopłat do czynszu, czy wspomagania rodzin przez budowę nowych przedszkoli – w Polsce nie praktykuje się wcale.

    Im większy „socjal”, tym większa bieda
    Myli się ten, kto sądzi, że imponujące wydatki socjalne przełożą się kiedykolwiek na dobrobyt obywateli. Przeciwnie – historia dowodzi, że im więcej państwo wydaje na naj- uboższych obywateli, tym bardziej oni ubożeją. Więcej, bo – o zgrozo! – „socjal” nie tylko zuboża tych i tak już biednych, ale czyni biedakami coraz to nowych obywateli.

    Kiedyś, podczas dyskusji w programie radiowym, interlokutor o poglądach lewicowych zapytał mnie kąśliwie: „A zatem nie popiera pani pomysłów gospodarczych rządu Leszka Millera, zmierzających do tego, żeby szkoła mogła ufundować każdemu dziecku szklankę mleka?”. Odpowiedziałam wtedy, że poprę wyłącznie taką politykę gospodarczą, która pozwoli rodzicom zarobić na szklankę mleka dla własnych dzieci, tak by nie musieli czekać, aż obowiązki rodzicielskie wypełni za nich państwowa instytucja.
    Ograniczenie sum wydawanych na pomoc społeczną nie jest jednak najważniejsze. Dużo bardziej potrzebna jest gruntowna reforma systemu socjalnego, zmiana sposobu wydawania publicznych pieniędzy, tak by pieniądze nie trafiały do naciągaczy, tylko ludzi rzeczywiście potrzebujących. Gdyby państwo odebrało renty i zasiłki socjalne wszystkim naciągaczom, ci naprawdę biedni i bezrobotni mogliby pobierać zasiłki w wysokości nie kilkuset, ale nawet tysiąca, dwóch tysięcy złotych.
    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół