• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Uciekalismy jak szczury

    Marcin Wójcik, zdjęcia Henryk Przondziono

    |

    GN 21/2010

    dodane 26.05.2010 09:24

    Małgorzata Mokry stoi na asfaltowym brzegu zalanego Bierunia blada i smutna. – Nie mam żadnych planów, będę patrzeć, jak woda zabiera 30 lat mojego życia. Tyle mogę zrobić.

    Kiedyś były głównie drewniane płoty, najczęściej z olszyny lub dębu, sztachety heblowane, szpiczaste od góry. Ci majętniejsi decydowali się na siatkę: dobry sposób na zatrzymanie nieproszonych gości – żaden zając, pies czy jeż nie miał szans przedostać się na teren posesji. Obecnie tradycyjnych płotów jak na lekarstwo, coraz mniej i siatek. Są za to ogrodzenia murowane, z elementami żelaza oraz drewna. Są też piękne żeliwne i szpiczaste płoty. To niemal kowalstwo artystyczne, szalenie droga inwestycja.

    Nam właśnie najbardziej dokuczyły ogrodzenia zrobione przez kowala, które drapały po dnie wojskowych łodzi. Raz nawet zatrzymaliśmy się na bramie wjazdowej do posesji. Piękny to musiał być dom, pewnie z przystrzyżonym trawnikiem, ławeczką, ścieżkami wysypanymi białym żwirem. Trudno stwierdzić, ile miał pięter. W każdym razie udało nam się podpłynąć pod sam strych.

    Dziecko nie chce czekać

    Marcin Pacyna, trzydziestokilkulatek, wysoki, barczysty, krótko ostrzyżony, chłop z krwi i kości. Mieszka w jednym z bloków w Czechowicach-Dziedzicach w woj. śląskim. W lutym wybudował sobie domek holenderski na terenie Rodzinnego Ogrodu Działkowego „Apollo-Camping”, tuż obok domku swojego taty. Na nieszczęście dla Marcina, „Apollo” przegrał wojnę z Wisłą i Iłownicą.

    Prawdopodobnie drewniany domek odkleił się od ziemi i dryfuje, tak samo jak gołębnik ojca. Szkoda gołębi, zostały w środku. Szkoda też ojca – chodzi po nasypie torów kolejowych, wpatruje się w ogródki i płacze. Uwierzyć nie może, że to, co pielęgnował od ponad 20 lat, w ciągu kilku godzin znalazło się pod wodą. – Miałem w styczniu operację kręgosłupa, ale mimo to na wiosnę wszystko porobiłem w ogrodzie – ojciec Marcina chowa w spracowanych dłoniach twarz.

    Syn mówi bez emocji o utopionych pieniądzach, o wieży stereo, która została w środku. Myślał, że z żoną będą przyjeżdżać tutaj w wakacje na grilla. Podkreśla, że domek, wieża, gołębie, ogródek to nic w porównaniu z tym, co spotkało ludzi, którzy stracili wszystko. Dziękuje, że jego rodziny woda nie zalała.

    Nagle Marcinowi łamie się głos i widać łzy. Okazuje się, że powódź też może mu wszystko zabrać. Żona tak się przejęła, że trafiła do szpitala. Jest w piątym miesiącu ciąży, a dziecko chce się już urodzić. – Trzy lata się staraliśmy!

    Jeszcze w nocy z wtorku na środę, w pobliżu „Apollo-Campingu”, trwała ewakuacja ludzi i zwierząt. Świnie i krowy zabrała wojskowa amfibia. O ile ludzie wiedzieli, co się dzieje, to w zachowaniu zwierząt widać było taki strach, jakby obok strzelały armaty. Przerażały wyjątkowo smolista noc, deszcz, świdrujące koguty straży, karetek. No i jeszcze te biedne zwierzęta, które trzęsły się jak galareta.

    Nie mniej przerażeni gospodarze poklepywali krowy po grzbietach, jakby chcieli im dodać otuchy, powiedzieć do ucha, że jutro woda opadnie i wrócą na swoje pastwiska. – Moja obora stoi najwyżej, więc sąsiedzi przygnali do niej bydło – opowiada Antoni, przekrzykując deszcz i amfibię. – Teraz żołnierze przewieźli krowy sąsiadów, bo stały jako pierwsze od wejścia. Moje dalej są w oborze. Podobno skończyli ewakuację? – pyta wystraszony. – A z krowami została żona – dodaje.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół