• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Maharadża wkracza do akcji

    Edward Kabiesz

    |

    GN 26/2008

    dodane 06.07.2008 10:42

    Nigdy nie przypuszczały, że z „nieludzkiej ziemi” trafią do znanych im tylko z baśni Indii. I że po straszliwych doświadczeniach, jakie spotkały je na sowieckiej ziemi, zajmie się nimi prawdziwy maharadża.

    Deportacje ludności cywilnej z terenów Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy rozpoczęły się wkrótce po inwazji wojsk sowieckich na Polskę we wrześniu 1939 r. Wywożono całe rodziny; dzieci, starców i chorych.

    Z nieludzkiej ziemi
    Wywózka przebiegała w straszliwych warunkach. Szczególnie tragiczny był los dzieci. Wiele z nich umierało. Ich zwłoki konwojenci wyrzucali w czasie jazdy pociągu w śnieg lub do pokrytej lodem rzeki. Te, które dotarły na miejsce, cierpiały głód, dziesiątkowały je choroby. Dopiero nawiązanie stosunków dyplomatycznych ZSRR z rządem polskim w Londynie w lipcu 1941 roku i powstanie polskiej armii w ZSRR zmieniło tę sytuację. Wywiezieni masowo udawali się na południe kraju do ośrodków mobilizacji wojska. Katastrofalne warunki podróży, a później epidemie czerwonki i głód na południowych terenach sprawiły, że śmierć znowu zbierała żniwo. „Niektóre szły o własnych siłach, inne raczej do widm niż do żywych istot podobne, pielęgniarki prowadziły pod ramiona, półniosąc.

    Dzieci starały się chociaż powłóczyć nogami, byle pokazać, że jeszcze nie jest z nimi tak źle” – wspominał świadek tych wydarzeń, o. Łucjan Królikowski. Polskie władze wojskowe i ambasada starały się ulżyć doli małych wygnańców, zakładając sierocińce, przedszkola oraz formacje junaków i junaczek. Ochotnicy udawali się do kołchozów, aby tam wyszukiwać sieroty w rosyjskich sierocińcach. W tej tragicznej sytuacji rząd postanowił ewakuować dzieci z ZSRR. Państwa alianckie zgodziły się przyjąć na swój koszt określone liczby polskich dzieci. Oczywiście wymagało to zgody władz w Moskwie. 23 grudnia 1941 roku Ludowy Komisarz Spraw Zagranicznych zgodził się na wyjazd 600 dzieci do Indii. Swoją pomoc zadeklarowała polska kolonia w Bombaju, a także m.in. arcybiskup Bombaju i Cejlonu, ks. Tomasz Roberts.

    Książęta pomagają
    Pierwsze dwie grupy dzieci dotarły do Indii samochodami i koleją w 1942 roku. W Bombaju przyjęto je niezwykle serdecznie. Później do Indii docierały kolejne grupy małych wygnańców. W akcję pomocy włączyła się też społeczność angielska i hinduska. No i maharadża Jam Saheb Digvijay Sinhji, władca Nawanagar, który do pomocy namówił innych członków Izby Książąt Indyjskich. Izba zobowiązała się utrzymać 500 polskich dzieci do końca II wojny światowej. Księstwo Nawanagar (obecnie Jamnagar) powstało w 1540 r. Jego władcy nosili tytuł Jam Sahib, pochodzili z dynastii Jadeja Rajput i mieli prawo do 13 salutów armatnich. Bogactwo Nawanagaru w dużej mierze brało się z połowów pereł. Jam Saheb Digvijay Sinhji po śmierci ojca został adoptowany przez swojego stryja, znanego na całym świecie mistrza krykieta, i w 1933 roku objął po nim tron. Był kanclerzem Izby Książąt Indyjskich, wchodził z ramienia Indii w skład Gabinetu Wojennego Imperium Brytyjskiego. Rządził w Nawanagar do 15 lutego 1948 r., a po uzyskaniu przez Indie niepodległości sprawował różne funkcje publiczne. Po wojnie był przedstawicielem niepodległych Indii w ONZ. Tytuł maharadży zachował do końca życia. Zmarł w 1966 roku.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół